PGE VIVE KIELCE

Aktualności

#dD: Marko Mamić. W pogoni za pasją

Autor: Magda Pluszewska, fot. G. Trzpil, A. Benicewicz-Miazga. T. Fąfara Dodano: 2018-07-29, 12:37 0

Marko Mamić to straszna gaduła. Wystarczy rzucić krótkie zdanie, myśl lub pytanie, a jemu momentalnie uruchamia się strumień świadomości, którego rwący nurt zabiera słuchacza na nieznane wody. Widać, że jest bardzo ciekawy świata, głodny wiedzy i nowych doświadczeń, nie tylko sportowych. Taki współczesny człowiek renesansu. Trenował w małych, rodzimych klubach. By nie rezygnować z piłki ręcznej, w wieku osiemnastu lat wyjechał do malowniczego miasteczka w Szwajcarii, choć pod nosem miał Zagrzeb. Klub, które zdaje się być obligatoryjnym etapem w karierze wybitnych Chorwatów, bo przecież tutaj grali Ivano Balić, Mirza Dżomba, Venio Losert, Manuel Strlek, Domagoj Duvnjak czy Marko Kopljar. Do oddalonego o osiemset kilometrów od domu miasta, leżącego tuż przy granicy z Niemcami, powiodły go przekonania i ambicja. „Piłka ręczna jest moim życiem, wszystko kręci się wokół niej. To dla niej jestem tak daleko od domu” – mówi bez zawahania.

  • CO SKŁONIŁO MARKO DO WYJAZDU ZA GRANICĘ?
  • JAKIEGO PRZEDMIOTU NAJBARDZIEJ NIE LUBIŁ W SZKOLE?
  • JAK MARKO UCZY SIĘ JĘZYKÓW?
  • JAK MARKO POROZUMIEWA SIĘ Z KOLEGAMI NA BOISKU?
  • KIEDY I DLACZEGO MARKO ZDECYDOWAŁ SIĘ NA STUDIA?

TYLKO NIE ZAGRZEB

„Byłem bardzo dobrym uczniem, miałem świetne stopnie, ale w głębi serca zawsze chciałem być sportowcem. W Chorwacji mogłem iść na studia lub grać w Zagrzebiu. Ale ja nie chciałem grać w Zagrzebiu, a tak bardzo chciałem trenować ręczną. Musiałem więc wyjechać” - opowiada Marko – „Miałem możliwość gry w tym klubie, ale ludzie, którzy tam pracowali, nie byli ze mną szczerzy. Nie chcę o tym mówić, to było pięć lat temu i było dość skomplikowane. Wiesz, Bałkany…” – ucina tajemniczo.

Wyjazd do Schaffhausen potraktował jako wielką przygodę, która pomoże mu rozwinąć się nie tylko sportowo. „Zostałem wychowany w duchu otwartości na świat i nowe doświadczenia. Moi rodzice bardzo o to dbali” – mówi, uśmiechając się do siebie – „Wiedziałem, że poznam nowy kraj, nowy język, nową kulturę. Dzięki temu początki wcale nie były takie trudne, nie tęskniłem do mamy i taty. Mama oczywiście panikowała, ale wspierała mnie w mojej decyzji. Zresztą wiesz, jest Skype, a po dwóch miesiącach mogłem odwiedzić rodziców w domu na weekend. Schaffhausen jest blisko Zurychu, a stamtąd są dobre połączenia do Zagrzebia.”

NIEMIECKI PO SZWAJCARSKU

Wcześniej, w szkole Marko przez kilka lat uczył się języka niemieckiego. „Ale jako drugiego języka, po angielskim. Poziom nie był wystarczający. Była to opcja, więc w ogóle nie trzeba było na niego chodzić, jeśli się nie chciało. W sumie uczyłem się go jakieś pięć, sześć lat, ale wcale nie mówiłem dobrze” – opowiada – „Wiesz, jak to jest w szkole. Musisz wykuć trzydzieści słówek na egzamin, zaliczasz, a po trzech dniach wszystkiego zapominasz.” Zawodnik przyznaje jednak, że dzięki podstawom języka, które opanował, nie miał barier komunikacyjnych w Szwajcarii.

Problemem okazał się jednak szwajcarski dialekt. „W szkołach dzieci uczą się normalnie języka Hochdeutsch (standardowy język literacki – red.), ale na co dzień mówi się dialektem, który nie bardzo rozumieją nawet Niemcy” – za chwilę demonstruje kilka przykładów zdań w klasycznej i szwajcarskiej odmianie języka niemieckiego i faktycznie, nawet gdy zna się niemiecki, ciężko jest wydedukować, o co chodzi. „Na szczęście większość osób rozmawiała ze mną „normalnie”, a z czasem nauczyłem się także dialektu” – przyznaje.

FRANCUSKI POD PRZYMUSEM

Po trzyletnim pobycie w Schaffhausen Marko pojechał jeszcze dalej, na północ Francji, by pod okiem Patricka Cazala uczyć się sportowego fachu w Dunkierce. Tym razem języka nie znał w ogóle i przyznaje, że już nie było tak łatwo. „Początkowo francuski był dla mnie jak chiński. Słuchałem ludzi podczas obiadu w restauracji, oglądałem programy w telewizji i myślałem sobie: to serio jest francuski?! Na szczęście miałem świetną nauczycielkę, chyba najlepszą, jaką kiedykolwiek miałem. Teraz jest już na emeryturze, udziela lekcji domowych, a wtedy pracowała dla klubu” – relacjonuje zawodnik.

Marko przyznaje, że ważnym czynnikiem, który najmocniej wpłynął na jego szybką naukę języka był po prostu przymus. Nie, to nie było tak, że ktoś go zmuszał, ale on sam wiedział, że nie ma innego wyboru. „We Francji nie było w zespole tylu bałkańskich zawodników, ile w Schaffhausen, z którymi mógłbym rozmawiać w moim języku, a wiadomo jak to jest z Francuzami. Nie mówią po angielsku, podróżują najchętniej do swoich terytoriów zamorskich, gdzie też spokojnie dogadają się po francusku” – na twarzy Chorwata pojawia się grymas niezrozumienia – „Dla mnie to naprawdę dziwne, gdy spotykam młodych ludzi, którzy ni w ząb nie mówią po angielsku. To śmieszne, jeśli masz dwadzieścia lat i słowa z siebie w innym języku nie wydusisz. Większość Francuzów zna jedynie jakieś ‘what’s up’ i parę fraz z piosenek, które akurat są popularne w ich kraju”.

BAŁKAŃSKA PRZYSTAŃ

Zupełnie inna sytuacja czekała na niego w Kielcach. Tutaj, od lat zjeżdżają się bałkańscy zawodnicy, a obecnie, oprócz Marko, jest ich aż sześciu: Filip Ivić, Manuel Strlek, Blaz Janc, Uros Zorman, Dean Bombac i Darko Djukic. Do tego dochodzi jeszcze Alex Dujshebaev, który po czterech latach gry dla Vardaru, płynnie mówi po macedońsku. „Wiadomo, że jak jestem gdzieś z Blazem, to nie będę z nim rozmawiał po polsku czy po angielsku” – uśmiecha się Marko – „Na szczęście polski jest dla mnie bardzo łatwy, staram się coraz więcej rozmawiać w tym języku”.

Mimo to, bardzo często na treningach można usłyszeć go mówiącego po angielsku czy po niemiecku. „Przychodzi mi to łatwiej. Jestem tu dopiero trzy miesiące, więc gdy w sytuacji treningowej lub boiskowej muszę powiedzieć coś szybko, z Krzyśkiem Lijewskim, Dzidzią, Karolem czy Kasą rozmawiam po niemiecku” – tłumaczy.

To iloma językami Marko mówi w trakcie jednego meczu? Na to pytanie Chorwat uśmiecha się serdecznie. „Wiesz, w czasie gry nie możesz za dużo myśleć. Mówisz to, co pierwsze ci przyjdzie na myśl, nie analizujesz, do kogo akurat mówisz i czy on lepiej rozumie taki, a nie inny język. Nie zatrzymam czasu by pomyśleć: okej, to jest Mariusz, to do niego powiem po angielsku, albo: oho, to jest Dzidzia, do niego krzyknę po niemiecku” – Marko kiwa się ze śmiechu jak mały pingwinek – „A na poważnie, gdy sięgnę pamięcią do meczu z Flensburgiem, wydaje mi się, że najczęściej używałem jednak polskiego”.

Zawodnik bardzo dobrze czuje się w Kielcach. Dzięki temu, że grupa bałkańska jest w klubie tak pokaźna, zawsze może liczyć na pomoc kolegów. „Mam tu wielu chłopaków z mojego regiony, którzy mnie wspierają, pomagają załatwić pewne sprawy. Oni już wiedzą, co, gdzie i jak, nie muszę za każdym razem chodzić do klubu i o wszystko pytać. To duże ułatwienie. Zresztą, polscy zawodnicy też są bardzo otwarci. Może dlatego, że sami grali w Niemczech i wiedzą, jak to jest być na obczyźnie” – przyznaje Marko i po raz kolejny wraca do doświadczeń z Dunkierki – „Francuzi nigdzie nie jeżdżą, więc oni nie znają tego uczucia. Tam jednak więcej musiałem załatwiać przez klub”.

RWĄCY NURT AMITNEGO UMYSŁU

Rozmowa z Marko sprawia ogromną przyjemność. To gaduła, wystarczy rzucić krótkie zdanie, myśl lub pytanie, a jemu momentalnie uruchamia się strumień świadomości, którego rwący nurt zabiera słuchacza na nieznane wody. Widać, że jest bardzo ciekawy świata, głodny wiedzy i nowych doświadczeń, nie tylko sportowych. To taki współczesny człowiek renesansu. Współczesny, bo od szesnastowiecznych ludzi odrodzenia odróżnia go niechęć do książek. Chorwat przyznaje, że wielokrotnie próbował czytać najróżniejsze pozycje, ale jakoś żadna za bardzo go nie wciągnęła. Niemniej, po krótkiej dyskusji na ten temat i podrzuceniu mu pewnego tytułu, obiecuje, że skoro ma być taki ciekawy, to na pewno po niego sięgnie.

Zawodnik postanowił połączyć sport ze studiami. „Zawsze chciałem studiować. Zrobić coś dla siebie na przyszłość. W tym zawodzie mam sporo wolnego czasu. Po treningu jestem zmęczony, ale fizycznie. Mój umysł ma wiele sił, a ja chciałbym go ćwiczyć” – przekonuje Marko – „W Chorwacji nie miałem zbyt wielu możliwości nauki online, musiałbym za każdym razem jeździć na uczelnię, mieć ileś procent obecności, a to niemożliwe w moim przypadku. Długo szukałem opcji, które by mi odpowiadały, aż wreszcie po igrzyskach w Rio dostałem maila z Akademii ASPIRE. Odezwałem się do nich i po jakimś czasie rozpocząłem studia na kierunku Sport & Management.”

Rozgrywający jest obecnie na drugim roku studiów licencjackich, po których zamierza odbyć dwuletnie uzupełniające studia magisterskie. W toku zajęć e-learningowych uczy się sporo o ekonomii, finansach i zarządzaniu. „Szkoda, że takie rzeczy są dopiero na studiach. Zawsze uważałem, że powinni nas tego uczyć już w szkole średniej, to bardzo przydatne informacje” – komentuje.

NAUKA JĘZYKA W KINIE

Jako dzieciak lubił różne przedmioty, ale o dziwo nie znosił nauki… języków! „Lubiłem przyrodę, historię, matematykę Języków nie lubiłem z prostego powodu. Wiem, że nie jestem w stanie wyrazić tego, co czuję, tak dobrze jak po chorwacku. Boję się, że teraz nawet rozmawiając z Tobą po angielsku, nie zrozumiesz mnie tak dobrze, jak gdybym mówił w moim języku. Bardzo tego nie lubię” – przyznaje. Mimo to, w językach jest bardzo dobry. Płynnie mówi po angielsku, niemiecku (w wariancie klasycznym i szwajcarskim), a trochę słabiej po francusku. Po polsku już niemal wszystko rozumie i wkrótce na pewno zacznie także mówić na większą skalę, niż tylko podczas meczów, bo mocno przykłada się do zajęć z klubowym nauczycielem, Sebastianem Kozubkiem. Ponadto, uczy się polskiego także w… kinie, oglądając angielskie filmy z polskimi napisami.

„Dla mnie naturalne jest, że próbuję uczyć się języka kraju, w którym gram. To wyraz szacunku. Poza tym, jak to, rodzimi zawodnicy mają u siebie w domu pracować w innym języku? To bez sensu!” – komentuje.

WSZYSTKO DLA PASJI

Pięć lat temu wyjechał z domu w pogoni za pasją i podporządkował jej całe życie. „Piłka ręczna jest moim życiem, wszystko kręci się wokół niej. To dla niej jestem tak daleko od domu” – mówi bez zawahania – „To dla mnie wielka sprawa. Gdyby to był dla mnie tylko zawód, to nie mógłbym go uprawiać.” Każda kolejna podróż ma być kolejnym krokiem na ścieżce osobistego rozwoju. Dlatego najpierw wyjechał do Schaffhausen, później do Dunkierki, a teraz jest w Kielcach. Przyznaje, że nie wie, dokąd uda się później, bo przecież już jest w jednym z najlepszych klubów w Europie.

Bardzo spokojnie przyjmuje też fakt, że na razie Talant Dujszebajew widzi go jako zawodnika głównie w obronie. „Trener powiedział mi dokładnie, że na początku będzie chciał ode mnie więcej w defensywie. Tam mnie potrzebuje, a potem da mi więcej czasu w ataku” – mówi. „Chcę być zawodnikiem, który umie wszystko. Nie chcę tylko rzucać, tyko bronić, atakować czy tylko asystować. Ale trener zawsze będzie chciał ode mnie czegoś szczególnego, jeden będzie chciał bym skupił się na tym, inny na tym. Chodzi o to, jak mi to powie” – zaznacza – „Jeśli powie mi: masz zrobić to, bo ja tak chce i kropka, to nic z tego nie będzie. Ale jeśli rozumiem, dlaczego mam to zrobić, wiem, jaki jest plan na przyszłość, nie ma problemu. Daje mi to poczucie komfortu i pewności siebie. Lubię dużo wiedzieć i lubię kontrolować swoje życie.”

Tekst pochodzi z siódmego numeru informatora meczowego #dawajDAWAJ, przygotowanego na mecz z Telekom Veszprem (15.10.2017r.).

Ocena:

Komentarze (0)

Dołacz do dyskusji

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz się zalogować!