#dD 11: Niedokończona gra Grzegorza Tkaczyka
22.07.2018, 10:51
#dawajDAWAJ

#dD 11: Niedokończona gra Grzegorza Tkaczyka

  • Magda Pluszewska
  • Tekst

Magda Pluszewska

  • Anna Benicewicz -Miazga
  • Foto

Anna Benicewicz-Miazga

  • Patryk Ptak
  • Foto

Patryk_Ptak

BACKSTAGE: NIEDOKOŃCZONA GRA GRZEGORZA TKACZYKA

O tym, jak dwaj goście z jakimś innym gościem napisali książkę

 – No dobra, słuchaj – Grzesiek zaczyna swoją opowieść – Wakacje, na których poznajemy się z Robertem i z Anią.

– Grecja? – pytam.

– Tak. Okazuje się, że z całego autobusu ludzi, który wiózł nas z lotniska, wszyscy wysiadają gdzieś po drodze i do hotelu docelowego zostajemy tylko ja z moją żoną, synem Mateuszem i Robert z Anią. Jakby nie było, byliśmy skazani na siebie. Jedyni Polacy w hotelu. Nie było innego wyjścia, musieliśmy się zaprzyjaźnić – śmieje się Grzesiek – Tak się zdarzyło, że pan Grzegorz wybrał się na wakacje i nie wziął długich spodni. No bo wiadomo, jedziemy do Grecji, jest ciepło, to po co mi długie spodnie? Będą mi tylko zajmowały miejsce w walizce – z trudem powstrzymuje śmiech na wspomnienie swojej lekkomyślności.

 – Okazało się, że do hotelowej restauracji nie wpuszczają klientów w krótkich spodenkach i w zasadzie przez cały wyjazd nie mogłem chodzić na posiłki, żona musiała mi je wynosić. Akurat Robert i Ania wyjeżdżali trzy dni wcześniej. To mówię: „Lewy, weź, daj mi dżinsy, to będę sobie chociaż chodził na te posiłki, jak pojedziecie” – Grzesiek poprawia się na kanapie i zaczyna żywo gestykulować – No i teraz wyobraź sobie, jak na prawie dwumetrowego chłopa pasują spodnie piłkarza! Jakby nie było, jest jednym z wyższych, ale jednak brakowało im trochę centymetrów i miałem te dżinsy mniej więcej na trzy czwarte, niedopinające się, więc musiałem je ściskać paskiem. Ale udało się i pod koniec wyjazdu mogłem przynajmniej coś zjeść! Tak, oddałem je potem, ale nie wiem, czy nadają się do tego, by jeszcze w nich chodził.

  • CO SKŁONIŁO GRZEGORZA TKACZYKA DO NAPISANIA BIOGRAFII?
  • JAK WYGLĄDAŁY PRACE NAD KSIĄŻKĄ?
  • W KTÓREJ LIDZE BARDZO CHCIAŁ ZAGRAĆ „MŁODY”?
  • CZY RENOMA UTYTUŁOWANEGO SPORTOWCA PRZYDAJE SIĘ W INTERESACH?

Grzegorz Tkaczyk okazuje się całkiem niezłym gawędziarzem. Już wcześniej, gdy był jeszcze czynnym sportowcem, można było na niego liczyć na briefingach. Zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia, a poza tym potrafił budować wokół siebie jakąś dziwną aurę, która przyciągała dziennikarzy jak magnes. Może to ten niski głos, może wewnętrzny spokój, którym emanował, a może wyraźnie wyczuwalna, choć jednocześnie nienachalna pewność siebie. Ciężko powiedzieć. W każdym razie, nic dziwnego, że był kapitanem kadry i drużyny z Kielc.

– Co Cię w ogóle wzięło na tę książkę? – pytam – Kiedy pierwszy raz pomyślałeś, by coś napisać?

– Szczerze, w ogóle o tym nie myślałem. Byłem bardzo daleki od tego pomysłu, ale namówiło mnie dwóch gości, Wojtek i Darek. Rzucili mi swoją wizję. Ja na początku bardzo się broniłem, bo nigdy nie planowałem autobiografii, ale rodzina dołożyła swoje. Mój najstarszy, dziewięcioletni syn Mateusz miał bardzo duży wpływ na moją decyzję i oczywiście moja żona, która bardzo mocno mnie przekonywała, twierdząc, że mam wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. I w końcu uległem – uśmiecha się niewinnie.

Wojtka i Darka znam od kilku lat. Wojtka chyba ciut dłużej. Poznaliśmy się na mistrzostwach świata ręczników w 2013 roku, a zakumplowaliśmy się tam, gdy wspólnie próbowaliśmy złapać taksówkę w Saragossie, pędząc prosto po meczu z hali do hotelu zawodników, by złapać jeszcze jakieś wypowiedzi Polaków przed wyjazdem na dalszą część turnieju w Barcelonie. Sprzed nosa sprzątnęła nam ją jakaś miejscowa kobieta w średnim wieku. – A to chytra baba z Saragossy! – zakrzyknął Wojtek za oddalającym się pojazdem, nawiązując do jednego z popularnych wówczas memów. Gdzieś w podobnym okresie na meczach kadry zaczął pojawiać się Darek, aż w końcu we dwóch na stałe wtopili mi się w krajobraz handballowych mediów. Stąd pewność, że „ci dwaj goście”, jak mówi Grzesiek, są gwarancją jakości świeżutkiej publikacji. Znają piłkę ręczną od ubabranej klejem podszewki.

– Kontaktowali się z Tobą jeszcze w trakcie czynnej gry? – wracam do rozmowy.

– Nie, nie, to było wszystko po zakończeniu kariery.

– To dosyć szybko się zgodziłeś! – śmieję się.

– Wiesz co, może nie dosyć szybko się zgodziłem, ale na pewno sam materiał dosyć szybko powstał. Sprawnie nam to poszło i jestem zadowolony z efektu końcowego.

– Chyba wzbudzali Twoje zaufanie, bo musiałeś im się trochę wyspowiadać.

– Musiałem i to mocno się wyspowiadać! – przyznaje Grzesiek – Przedstawili mi swoją wizję, ja się do niej ustosunkowałem, naniosłem korekty i tak to się rodziło. Po podjęciu decyzji przeszliśmy do spisywania wszystkiego, co mam w głowie. Oczywiście, nie należy zapominać o wszystkich ludziach, którzy w tym pomogli. Autorzy kontaktowali się z wieloma osobami, z moimi kolegami z boiska, z moją rodziną, zrobili dosyć duży research i w tym miejscu chciałbym im za to podziękować. Pomogli mi też odgrzebać w głowie pewne historie, które ja już zapomniałem. W trakcie pracy łapałem się często na tym, że faktycznie mam dużo do powiedzenia, ale jak przychodziło do konkretów, to myśli uciekały. Ich pomoc była nieoceniona.

Grzegorz Tkaczyk Niedokończona Gra

– Czy ta książka to laurka Grzegorza Tkaczyka i kadry, czy opowieść o prawdziwych ludziach, którzy bywają  niedoskonali?

– Laurką bym tego nie nazwał. To jest szczera opowieść. Nawet nie sądziłem, że jestem w stanie tak mocno się otworzyć. Wydaje mi się, że wszyscy, którzy myśleli, że znają Grzegorza Tkaczyka z boiska, po przeczytaniu tej książki stwierdzą, że jednak znają mnie tylko troszkę.

– Uprzedzałeś bohaterów drugoplanowych, że piszesz autobiografię i że mogą się w niej pojawić?

– Każdy, kto pojawił się w moim życiu, w przygodzie pt. piłka ręczna, chyba zdawał sobie sprawę z tego, że jego temat padnie w jakichś wspomnieniach. Większość osób była przygotowana, bo autorzy robili z nimi research. Nie powinni być zaskoczeni.

– Czy któreś historie konsultowałeś z ich bohaterami, zanim oddałeś je do druku?

– Bardzo mało. Zdarzyło się raz czy dwa, ale były to zmiany symboliczne, korekta wymagała naprawdę niewielkich fragmentów książki.

– Która postać może najbardziej zaskoczyć czytelnika? Czy myślisz, że kogoś rysujesz inaczej, niż mógł do tej pory być postrzegany przez kibiców?

– Myślę, że ogólnie kulisy reprezentacji Bogdana Wenty, która rodziła się w olbrzymich bólach, z olbrzymimi problemami, mogą zaskoczyć ludzi. Umówmy się: każdy widz dostaje gotowy produkt w postaci drużyny klubowej obserwowanej na boisku. Ocenia ją przez pryzmat kilku spotkań bądź też wyniku końcowego. Tak samo jest w reprezentacji. Wychodzi grupa ludzi, która jest powołana przez selekcjonera, ludzie oglądają tylko mecze, ale nie wiedzą, co dzieje się wewnątrz. Nie wiedzą, jak przebiegają zgrupowania, w jakiej atmosferze, z jaką organizacją. Jest to temat, który dość mocno poruszyłem. Myślę, że ludzie znajdą w nim wiele ciekawych wątków.

– Dowiedzą się, dlaczego kadra się rozleciała?

– Po części tak. Na pewno nie był to łatwy temat, ale tak, jak to jest w życiu i w sporcie, czegoś zaczęło brakować, coś się wydarzyło, coś się wypaliło. Mówię także i o tym.

– Starałeś się zachować obiektywizm czy właśnie wręcz przeciwnie, zaletą tej książki jest to, że jest tak mocno przepuszczona przez filtr Twojej percepcji wydarzeń?

– Bardzo starałem się być obiektywny. Generalnie ja się zawsze posługuję dewizą życiową: jeżeli robisz coś, to rób to na sto procent. Od początku do końca mówiłem autorom, że jeżeli tworzymy ten projekt, to tak, bym ja był z niego zadowolony. To przede wszystkim miało być szczere i obiektywne.

– Trudno było wracać do niektórych wydarzeń?

– Tak, bardzo trudno. Sport to nie tylko zwycięstwa, ale też porażki. Najtrudniej wraca się do chwil, w których wiesz, że zawaliłeś, rozczarowałeś, coś zaprzepaściłeś. Paradoksem jest, że takie rzeczy łatwiej jest w pamięci odnaleźć, niż wygrane. Przynajmniej ja tak mam. Jest też w książce rozdział o moich dzieciakach, który początkowo miał się w niej w ogóle nie znaleźć. W trakcie pracy przemyślałem kilka rzeczy i stwierdziłem, że chcę jednak o nich napisać.

– Żeby pokazać, jak dużą część Twojego życia wypełnia rodzina?

– Przede wszystkim. Ale chciałem też pokazać ludziom, że sport to nie tylko sukcesy, okładki gazet, życie na jakimś godnym poziomie, ale i życiowe problemy, które przydarzają się ludziom, a o których po prostu się nie mówi. Ten rozdział dedykuję osobom, które spotkała kiedyś podobna sytuacja, a jest ich mnóstwo. Na pewno jest to coś na zasadzie małego wsparcia.

Grzegorz Tkaczyk

– Masz tendencję do sentymentalizmu?

– Nie, raczej nie jestem typem z cyklu „Jak my kiedyś graliśmy, to…”. Broń Boże, nigdy nie będę tak mówił, rzadko kiedy wracam wspomnieniami do 2007 roku i do wicemistrzostwa świata. Raczej patrzę do przodu, na każdy kolejny dzień i staram się go wykorzystać tak, jakby był ostatnim.

– Wracając do niektórych wydarzeń miałeś refleksję, że teraz zrobiłbyś coś zupełnie inaczej?

– Jedyne, czego żałuję, i to jest moja największa sportowa porażka, to brak medalu olimpijskiego. Poza tym, szkoda, że nie wystąpiłem w lidze hiszpańskiej. Miałem marzenie, by po okresie spędzonym w niemieckiej Bundeslidze, przynajmniej dwa lata tam pograć, spróbować czegoś nowego, nauczyć się języka, ale nie wyszło.

– A nie wyszło, bo?

– Nigdy nie było jakiejś konkretnej propozycji. Gdyby była, to pewnie poważnie bym ją rozważył. Miałem menadżera, który działał mocno na rynku niemieckim i raczej miał słabe możliwości wytransferowania zawodnika do Hiszpanii.

– Co robisz teraz, poza tym, że zostałeś pisarzem? – pytam przekornie.

– Absolutnie nie uważam się za pisarza! Moje życie wygląda bardzo fajnie, okazuje się, że można żyć bez piłki ręcznej.

– Nie do końca, właśnie wróciłeś z lekcji WF-u Artura Siódmiaka w Warszawie.

– Tak, ale zrezygnowałem z ręcznej w wymiarze zawodowym. Okazuje się, że życie po sporcie też jest fajne. Mam sporo zajęć, którym mogę się poświęcić. To fajna przygoda z telewizją i praca w klubie, gdzie mam bardzo łatwe zadanie… szukania sponsorów. Najłatwiejsze na świecie! – śmieje się Grzesiek.

– Jak to robisz?

– Walczę. Walczę na każdym froncie, choć nie jest to łatwe. Mam charakter wojownika, nie poddaję się i pomimo wielu odmów od potencjalnych nowych partnerów klubowych, walczę dalej.

– To Grzegorzowi Tkaczykowi się odmawia?

– Każdemu się odmawia.

– Ale Twoje nazwisko pewnie robi swoje.

– Wiesz co – zamyśla się – Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to nie ma większego znaczenia, poza tym, że ktoś, kto interesuje się piłką ręczną, strzeli sobie ze mną jakąś przyjemną pogaduchę. Niemniej, gdy dochodzimy do konkretów, to nie jest ważne.

– W domu też jesteś twardym negocjatorem?

– Nie wiem – Grzesiek ponownie się uśmiecha – Jestem bardzo uparty. Wiele osób mówi, że jak postawię na swoim, to staram się to realizować. Właśnie taką opinię w książce podzielił mój przyjaciel z Targówka, z liceum, Michał Karwański, który powiedział w ostatnim rozdziale pt. „Inni o mnie”, że jak już się na coś zdecyduję, to idę po trupach, by to zdobyć.

– Wiesz, że tą książką możesz zrobić ogromną przysługę medialną dyscyplinie?

– Nie jestem tego świadomy. Miałem wręcz ogromne obawy, czy to ma rację bytu przy popularności handballu, która i tak jest bardzo duża w porównaniu do lat poprzednich. Zwykle jednak na rynku pojawiają się książki o piłce nożnej, o sportach, które są bardziej popularne, a tutaj nagle wyskakuje jakiś gościu…

– Jakiś gościu? Serio? – pytam z niedowierzaniem.

– No jakiś, no.

Tekst pochodzi z jedenastego numeru informatora meczowego #dawajDAWAJ, przygotowanego na mecz z Aalborg Handbold Chrobrym Głogów (21.11.2017 r.).

#dawajDAWAJ nr 11