#dD 22/23: Siwy. Człowiek do zadań specjalnych
11.12.2018, 13:45
#dawajDAWAJ

#dD 22/23: Siwy. Człowiek do zadań specjalnych

  • Magda Pluszewska
  • Tekst

Magda Pluszewska

  • Anna Benicewicz -Miazga
  • Foto

Anna Benicewicz-Miazga

ZAWODNIK NUMERU: MATEUSZ JACHLEWSKI

TAJNIKI GRY: SIWY. CZŁOWIEK DO ZADAŃ SPECJALNYCH

Mówią o nim żołnierz. Człowiek do zadań specjalnych. Czego by mu się nie zleciło, można być pewnym, że bezbłędnie wywiąże się z zadania. Nie lubi mówić o sobie, a jeśli już mówi, to skromnie przyznaje, że po prostu miał szczęście. Cóż, samym szczęściem w klubie mistrza Polski nie da się utrzymać, a już na pewno nie dwanaście lat! Przez żółto-biało-niebieską ekipę przewinęło się w tym czasie mnóstwo nazwisk, zmieniały się nazwy, ambicje, filozofie i systemy gry, a on jeden niezmiennie przetrwał w zespole aż do dzisiaj. Trenerzy pochodzili z zupełnie różnych środowisk, mieli inne spojrzenia na piłkę ręczną, ale Mateusz Jachlewski nigdy nie miał problemu, by dostosować się do ustalanych przez nich zasad.

  • W JAKICH OKOLICZNOŚCIACH MATEUSZ TRAFIŁ DO KIELC?
  • JAK ZMIENIAŁA SIĘ ROLA ZAWODNIKA NA BOISKU W KOLEJNYCH SEZONACH?
  • CO SKŁONIŁO MATEUSZA DO ROZPOCZĘCIA AKTYWNOŚCI W SOCIAL MEDIACH?
  • JAK, OCZAMI SIWEGO, ZMIENIAŁ SIĘ KLUB W CIĄGU MINIONYCH LAT?

MOJE MIEJSCE JEST NA SKRZYDLE

„Wyjechałem z Gdańska, w chwili, gdy mój zespół spadł z ligi. Walczyliśmy o utrzymanie, ale nie udało nam się. Pojawiła się propozycja z Kielc, dla mnie to było coś zupełnie nowego. Cieszyłem się, że dostałem szansę, by grać w klubie, który utrzymywał się w czołówce i walczył o medale” – wspomina Mateusz. W sezonie poprzedzającym przyjazd do Kielc został królem strzelców ówczesnej Ekstraklasy, grając na środku rozegrania i zdobywając 198 bramek w dwudziestu ośmiu meczach. Siwy wyprzedził wtedy m.in. grającego w Kielcach Patryka Kuchczyńskiego, Michała Kubisztala z Zagłębia Lubin, czy występujących jeszcze w Głogowie braci Jureckich.

„Z powodu braku zawodników w Gdańsku musiałem występować na pozycji środkowego. Grałem też na lewym skrzydle i to był czas, kiedy dostałem swoje pierwsze powołanie do reprezentacji. Oczywiście na skrzydło, o środku rozegrania w ogóle nie było mowy!” – uśmiecha się Mateusz – „Udało mi się zagrać fajny sezon, w którym rzucałem sporo bramek, ale nie ukrywam też, że miałem sporo szczęścia. Do Kielc przychodziłem wyłącznie jako skrzydłowy, nikt nie brał nigdy pod uwagę tego, bym grał na rozegraniu. W trakcie sezonów pojawiłem się czasem gdzieś na środku, by wspomóc zespół w przypadku kontuzji, ale myślę, że nigdy tam już nie zagram. Mamy wspaniałych środkowych, a moje miejsce jest na skrzydle. Całe życie gram na tej pozycji i na niej czuję się najlepiej”.

MOMENTY, DLA KTÓRYCH TRENUJEMY

Zawód sportowca to chybotliwy kawałek gruntu. Nigdy nie wiadomo, jak długo zdoła się na nim ustać. Kontrakty podpisuje się maksymalnie na kilka kolejnych lat, ciężko więc o stabilizację życiową i poczucie bezpieczeństwa. Mateusz Jachlewski natomiast spędza w Kielcach już dwunasty sezon, ale oczywiście to nie było tak, że w 2006 roku od razu zawarł tak długookresową umowę. Czy skrzydłowy w ogóle brał pod uwagę, że spędzi w Kielcach tyle czasu? „Oczywiście, że nie” – zaprzecza stanowczo – „Gdybym wiedział wcześniej, że tyle to potrwa, to nawet nie wiem, czy bym tak mocno trenował, czy bym się tak przykładał. Zawodnik praktycznie nigdy nie wie, jak długo zostanie, czy sprawdza się w drużynie, czy odpowiada trenerowi, prezesowi. Ciężko przewidzieć, ile się będzie grało, można sobie to planować, ale życie i boisko wszystko zweryfikują. Trzeba mieć szczęście do zdrowia, trzeba w ogóle dostać szansę, a później ją wykorzystać, ciężko pracując. Przez dwanaście lat starałem się poukładać to wszystko, o czym opowiadam i jestem szczęśliwy, że mi się udało. Negocjowanie kolejnych kontraktów przebiegało na szczęście w przyjaznej atmosferze, nigdy nie miałem problemu, by dogadać się z władzami klubu”.

Mateusz podkreśla, że już wtedy, w 2006 roku, choć Kielce nie były jeszcze pełnoetatowym uczestnikiem Ligi Mistrzów, propozycja przywdziania żółto-biało-niebieskich barw to było coś. „Ale teraz to jest coś więcej, dużo więcej!” – stwierdza – „Poprzez wyniki sportowe, organizację, kibiców, to, jak klub funkcjonuje i jak postrzegany jest w Europie i na świecie, cały czas przychodzą nowi zawodnicy. I wydaje mi się, że coraz lepsi zawodnicy. Nasz klub nie zadowala się wygraniem mistrzostwa czy Pucharu Polski. Ma większe ambicje. Raz udało nam się wygrać Ligę Mistrzów, a oprócz tego jeszcze dwa razy byliśmy w Final Four. To są te momenty, dla których przychodzą tu nowi zawodnicy, dla których trenujemy”. 

ZMIANY, ZMIANY, ZMIANY

Przez minione lata wiele się w klubie zmieniło. A któż może to lepiej wiedzieć, niż zawodnik, który gra w nim dwunasty rok? „Samo miasto robi ogromną różnicę! Kielce mocno się rozwinęły, powoli zmienia się mentalność ludzi mieszkających tutaj, co zauważam rozmawiając z nimi na ulicy”.

Mateusz podkreśla, że jeśli chodzi o organizację klubu, to odkąd pamięta zawodnicy zawsze mieli wszystko to, czego potrzebowali. Nie da się jednak ukryć, że organizacyjnie klub mocno ewoluował, chociażby jeśli chodzi o marketing. „Jak przychodziłem, to tego wszystkiego nie było. Była tylko strona internetowa, Paweł (Papaj, obecny dyrektor ds. marketingu – przyp. red.) pisał, robił zdjęcia, wrzucał to wszystko i tak to wyglądało. A teraz to stoi na dużo wyższym poziomie. Sporo wynika też z rozwoju technologii, pojawiły się smartfony, portale społecznościowe, które ten proces pchają do przodu”.

Komercjalizacja sportu mocno rozszerzyła zakres obowiązków piłkarza ręcznego, który obecnie poza trenowaniem, musi więcej czasu poświęcać na działalność promującą klub. Każdy profesjonalny sportowiec doskonale to rozumie i to częściej wśród kibiców znajdują się maruderzy narzekający, że „może zawodnicy wzięliby się do trenowania, a nie do kręcenia filmików czy wymiany samochodów na nowe”. Co na to Mateusz Jachlewski? „Nigdy nie odczułem, aby działalność marketingowa przeszkadzała mi w trenowaniu. Jasne, że nie jestem zadowolony, gdy wracam z meczu o drugiej w nocy, a o dziesiątej rano mam jechać gdzieś kręcić film, ale jest to element mojej pracy. Dzięki temu zdobywamy kibiców, pozyskujemy sponsorów i środki na rozwój klubu, więc nawet nie ma tematu, czy mi się to podoba czy nie”.

PIERWSZE TRENINGI W VIVE

Mateusz Jachlewski na pierwszy trening w Kielcach dość pokaźnie się spóźnił. Okres spóźnienia znacznie przekroczył dopuszczalny kwadransik studencki, bo wyniósł aż… siedem dni! Zawodnik jednak miał solidne usprawiedliwienie, bo występował wówczas na Akademickich Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej, które odbywały się w jego rodzinnym Gdańsku. „Miałem tylko jeden dzień odpoczynku, po czym dołączyłem do chłopaków i pojechaliśmy na obóz do Zakopanego. Średnio pamiętam te pierwsze treningi w Kielcach, to było dwanaście lat temu, ale na pewno był to jakiś trening biegowy w ramach przygotowania do sezonu” – wspomina Siwy.

Trenerem ówczesnej drużyny VIVE Kielce był Zbigniew Tłuczyński. „Dobrze wspominam pracę z nim. To, co zapamiętałem, to właśnie ten obóz w Zakopanem, na którym było bardzo ciężko, a ja akurat niespecjalnie lubię chodzić po górach. Nie było więc zbyt przyjemnie” – uśmiecha się – „Jak przychodziłem do Kielc, to zespół praktycznie cały się zmieniał. Przyszło siedmiu nowych zawodników, m. in. Michał Jurecki z Głogowa, Mladen Cacić, Marek Kubiszewski, Bartek Konitz. Przynajmniej łatwo było więc wkomponować się w drużynę”.

ZMIAN CIĄG DALSZY

W kolejnych latach zespół przejmowali Aleksander Litowski, Aleksander Malinowski, Bogdan Wenta i obecny szkoleniowiec kielczan, Talant Dujszebajew. Przez żółto-biało-niebieską ekipę przewinęło się mnóstwo nazwisk, zmieniały się nazwy, ambicje, filozofie i systemy gry, a on jeden niezmiennie przetrwał w zespole aż do dzisiaj. Trenerzy pochodzili z zupełnie różnych środowisk, mieli inne spojrzenia na piłkę ręczną, ale Mateusz Jachlewski nigdy nie miał problemu, by dostosować się do zmieniających się warunków. „Każdy trener miał swój warsztat i swoją wizję, inaczej się trenowało i inaczej wyglądało na meczach, ale nie starczyłoby mi czasu, by o tym wszystkim opowiedzieć” – mówi Siwy.

Jedni zabierali drużynę na obozy, inni woleli przygotowywać się do sezonu w Kielcach. Jedni woleli obronę 6:0, inni wprowadzali bardziej agresywne systemy. Jedni ograniczali rolę Mateusza do klasycznych zadań skrzydłowego, inni dawali (lub dają!) mu dużo większe pole do popisu. „Z trenerem Wentą przeważnie przed sezonem trenowaliśmy na miejscu. Bogdan uważał, że mamy wszystko mamy pod nosem – halę, stadion, siłownię, las – niczego więcej nam więc nie potrzeba. W sezonie, gdy wygraliśmy Ligę Mistrzów, byliśmy natomiast na obozie w Arłamowie” – opowiada zawodnik – „To jest tak: gdy zostajemy w domu jest jedno ‘ale’. W dalszym ciągu mamy obowiązki wynikające z ról, jakie pełnimy na co dzień. Trzeba na przykład pobawić się z synem, zrobić zakupy. Na obozie tego nie ma. Możemy skoncentrować się tylko na tym, by wykonywać swoją pracę. Myślę więc, że to dobry pomysł, by zespoły wyjeżdżały w sezonie przygotowawczym, bo zupełnie od wszystkiego się wtedy odcinają. Przebywamy razem, nowi zawodnicy mogą się poznać, cały czas trenujemy”.

WIĘKSZA ŚWIADOMOŚĆ GRANIA

Razem z filozofiami gry, zmieniał się i sam Mateusz jako zawodnik. ”Trener Tłuczyński nie grał obroną 5:1, dopiero trener Malinowski robił to przez chwilę, ale nie za bardzo nam wychodziło, więc zrezygnowaliśmy z niej. Mieliśmy po prostu za mało czasu, by to potrenować. Z trenerem Wentą też nie graliśmy 5:1, co najwyżej, gdy nie szło nam 6:0, słyszeliśmy: dobra, stańcie 5:1, bo trzeba coś zmienić. W Gdańsku grałem na jedynce i na skrzydle, ale nigdy nie grałem na pozycji numer dwa. Dopiero trener Dujszebajew dał mi tę szansę, na paru meczach się sprawdziłem i dobrze się w tym zadaniu czuję. Szczerze mówiąc, zdecydowanie lepiej, niż na pozycji skrajnego obrońcy”. Dlaczego? „Bo jestem bardziej w grze. Na skrzydle więcej się stoi i odpoczywa, dlatego środkowi, którzy mają dużo grania, przeważnie lądują na skrzydle, by się zregenerować. Na dwójce mam kontakt z przeciwnikiem, czuję grę i łatwiej mi potem grać w ataku”.

Ha! Czyli wszystko jasne, Mateuszowi na skrzydle po prostu się nudzi. „Nie, nie nudzi” – od razu zaprzecza zawodnik – „Niemniej, utrzymuję wtedy mniejszą koncentrację, ponieważ gra wygląda trochę tak, że jest długo, długo, długo nic, a nagle bum! Coś się dzieje! Ciężko jest złapać rytm. Na pozostałych pozycjach więcej się dzieje i cały czas trzeba być maksymalnie skupionym.” Siwy przyznaje, że w ciągu tych wszystkich lat w klubie mocno zmieniła się jego świadomość grania. „Na początku, atakując i broniąc na skrzydle byłem ograniczony do jednej trzeciej boiska. Biegałem po prostu w tę i z powrotem” – wspomina – „Grając na dwójce muszę więcej myśleć, wykonywać więcej zadań. W moim przypadku, im więcej zadań, tym czuję się lepiej. Ponadto wiem, jaki jest cel zagrywki, którą ćwiczymy. Wiem, że na przykład robię coś, by uzyskać przewagę 3 na 2 lub by najsłabszy obrońca rywali był z naszym kołowym. Wiem, dlaczego trenujemy w taki, a nie inny sposób”.

CZŁOWIEK DO ZADAŃ SPECJALNYCH

Mateusz Jachlewski bardzo dojrzale mówi o swojej pracy. Jest profesjonalistą w każdym calu i widać, że bardzo, ale to bardzo poważnie traktuje sport. Tak zresztą o nim mówią. Żołnierz. Człowiek do zadań specjalnych. Rzetelny, poważny, skupiony na swojej robocie. Czego by mu się nie zleciło, można być pewnym, że bezbłędnie wywiąże się z zadania. Jest przy tym bardzo skromny, skryty i nie bardzo lubi mówić o sobie. „Niespecjalnie zauważyłem, żebym dostawał wybitnie trudne zadania do wykonania” – mówi – „Po prostu mamy swój system grania w obronie i każdy element musi do siebie pasować. Jeżeli ktoś popełni błąd, to system nie będzie funkcjonował.  Każdy ma robić dokładnie to, co do niego należy”.

„Może mam po prostu dużo szczęścia” – kontynuuje – „Dostaję szanse i udaje mi się je wykorzystywać, omijają mnie kontuzje, a trener czy prezes nie potrzebowali innych zawodników na skrzydle, bo wystarczająco sprawdzałem się w systemie”.

LUDZIE NIE WSZYSTKO MUSZĄ WIEDZIEĆ

Mateusz nie ma prywatnego konta na Facebooku, ale jakiś czas temu rozpoczął swoją małą misję w mediach społecznościowych. „Kiedyś pojawił się pomysł, żeby pokazywać w Internecie różne ćwiczenia. Nie ukrywam, że lubię chodzić na siłownię, dbać o siebie, o to, co jem. Dużo zmieniło się, gdy pojawił się mój syn, który miał problem z niektórymi produktami, których nie mógł jeść. Teraz już może, ale wtedy zacząłem zwracać większą uwagę na to, co jem, kiedy jem, jak jem. Stąd pomysł, żeby się z kimś tym podzielić, ale bez napinki, żeby coś z tego mieć, tak po prostu” – opowiada Mateusz – „Ale nie ma tych wpisów za dużo, nie robię tego sam, jestem bardzo wdzięczny Marcie, która mi w tym pomaga. Czasem przypomina mi o rzeczach, o których ja nie pamiętam! Wiesz, ja po prostu nie mam potrzeby, by codziennie pisać, że zjadłem trzy banany, ludzie nie wszystko muszą o mnie wiedzieć”.

Marta Brzezińska jakiś czas temu pracowała w klubie, a do dziś działa wspólnie z Mateuszem przy kilku projektach. „Współpracujemy od półtora roku” – mówi Marta – „Mateusz jasno postawił cel swojej obecności w social mediach – pokazujemy go jako zawodnika i osobę, która na co dzień dba o żywienie i zdrowy tryb życia. Staram się więc doradzić i podpowiedzieć, w jaki sposób o tym mówić, od czasu do czasu podsunę jakiś pomysł czy przypomnę o poście. Mamy kilka projektów, które staramy się realizować. Teraz skupiamy się głównie na MJsCAMP, czyli obozie organizowanym wspólnie z Michałem Jureckim.” Skrzydłowy doskonale jednak zdaje sobie sprawę z tego, że taka działalność może przysłużyć się nie tylko jemu, ale i klubowi czy całej dyscyplinie. „To działa na korzyść tego, by jak najwięcej dzieciaków uprawiało piłkę ręczną, bo, jak wiemy, mamy troszeczkę za mało ludzi do trenowania. Czasami nasze wpisy, może nie moje, ale innych zawodników, są ważne dla dzieciaków, które je śledzą, które później pójdą w nasze ślady” – uśmiecha się Siwy.

CO DALEJ?

Aż trudno uwierzyć, że tak poukładany człowiek nie ma sprecyzowanych planów na przyszłość. Jedyne, co w tym momencie jest dla niego ważne w kontekście kariery, to to, że ma ważny kontrakt na kolejny sezon. Nie wie, czy zostanie w Kielcach, czy wyjedzie, czy wróci nad morze. Czas pokaże. „Urodziłem się w Gdyni, ale całe życie mieszkałem w Gdańsku, więc czuję się gdańszczaninem” - przyznaje – „Utożsamiam się jednak z Kielcami, mieszkam tu w końcu dwanaście lat, spędziłem tu praktycznie całe swoje dorosłe życie, ułożyłem je sobie. Tu pracuję, tu mam swoją rodzinę, tu urodził się mój syn, ale reszta rodziny jest w Gdańsku. Za każdym razem, gdy przyjeżdżam do Gdańska, czuję się jakbym był u siebie. Tutaj jestem w pracy, to jest mój drugi dom i nie powiem złego słowa na Kielce, bo wszystko jest tutaj świetnie, natomiast lepiej czuję się w moim Gdańsku”.

To co? Po zakończeniu przygody w Kielcach powrót do Trójmiasta? „Nie mam pojęcia!” – odpowiada Mateusz –„Mam jeszcze ważny kontrakt, staram się pracować z dnia na dzień. W naszym fachu, w życiu sportowca ciężko cokolwiek zaplanować. Już się tego nauczyłem.”

Tekst pochodzi z podwójnego numeru informatora meczowego #dawajDAWAJ 22/23, przygotowanego na mecze z Rhein-Neckar Loewen i Azotami Puławy (24-27.03.2018r.).

#dawajDAWAJ nr 22/23