#dD 24: Tomasz Strząbała - człowiek cienia
11.12.2018, 14:14
#dawajDAWAJ

#dD 24: Tomasz Strząbała - człowiek cienia

  • Magda Pluszewska
  • Tekst

Magda Pluszewska

  • Anna Benicewicz -Miazga
  • Foto

Anna Benicewicz-Miazga

  • Tomasz Fąfara
  • Foto

Tomasz Fąfara

TAJNIKI GRY:TOMASZ STRZĄBAŁA – CZŁOWIEK CIENIA

O ROLI DRUGIEGO TRENERA W ZESPOLE MISTRZA POLSKI

 "Gdy miałem cztery lata, ojciec zabrał mnie na pierwszy obóz z seniorskim zespołem piłki ręcznej. Biegał ze mną w plecaku” – twarz drugiego trenera PGE VIVE Kielce rozpromienia się na przywołanie tego wspomnienia –„Od tego czasu jestem związany ze szczypiorniakiem. Za bardzo nie miałem wyboru, choć mój tata tak naprawdę był przeciwny temu, bym się z nim wiązał. Powiedział, że najlepiej, jakbym zaczął trenować inną dyscyplinę albo przeniósł się do innego miasta, bo u niego nigdy nie będę zawodnikiem!”.

Jak sam przyznaje, wybitnym zawodnikiem nigdy nie został, dość szybko jednak ujawnił się w nim zapisany w genach talent trenerski. Przez długi okres pracował z młodzieżą, m.in. w kieleckich szkołach, był asystentem Wojciecha Nowińskiego w reprezentacji Polski juniorów, prowadził także juniorski zespół w Kielcach, z którym m.in. zdobył ostatnie w historii klubu mistrzostwo Polski w 2005 roku. Wreszcie, trzy lata później, gdy pierwszą drużynę przejął Bogdan Wenta, został drugim szkoleniowcem PGE VIVE Kielce.

„Jestem jakby cieniem pierwszego trenera, staram się myśleć tak, jak on i przewidywać każdy jego ruch” – mówi o swojej roli w zespole. Ambitny, wymagający, zdystansowany, a przy tym bardzo ciepły i serdeczny. Tomasz Strząbała, syn Edwarda. Człowiek cienia.

  • W JAKICH OKOLICZNOŚCIACH TOMASZ STRZĄBAŁA ZOSTAŁ DRUGIM TRENEREM DRUŻYNY?
  • JAKĄ ROLĘ W ZESPOLE PEŁNI DRUGI TRENER?
  • JAKIE WPADKI ZDARZAJĄ SIĘ NA ŁAWCE TRENERSKIEJ?
  • Z KIM TOMASZ STRZĄBAŁA ODBYWAŁ TAJEMNE TRENINGI W NIEDZIELNE PORANKI?

WYMYŚLONY NA POTRZEBY KADRY

„Funkcję drugiego trenera wymyślono w klubie, gdy pierwszy trener zespołu był również trenerem reprezentacji Polski” – opowiada Tomasz Strząbała – „Jednocześnie, w zespole mieliśmy wtedy wielu zawodników, którzy nie byli kadrowiczami, ponieważ jako klub byliśmy dopiero na początku naszej profesjonalnej drogi. Szkoleniowiec często wyjeżdżał, więc obecność drugiego trenera była konieczna. Dotyczyło to zwłaszcza okresów przygotowawczych, gdy odbywały się igrzyska, mistrzostwa czy zgrupowania. Ja wówczas zajmowałem się zawodnikami, którzy zostawali w klubie.”

Mowa oczywiście o roku 2008, gdy stołek trenerski objął w Kielcach Bogdan Wenta. Dlaczego jego asystentem został właśnie Strząbała? „Ja wtedy prowadziłem drugi zespół, a Daniel Waszkiewicz (asystent Wenty w reprezentacji – przyp. red.), który wcześniej pracował w Kielcach jako szkoleniowiec pierwszej ekipy, powiedział Bogdanowi, że mógłbym mu pomagać” – wyjaśnia. Panowie znali się z Kielc, dobrze im się współpracowało, dlatego Waszkiewicz polecił trenera Strząbałę Bogdanowi. „Zostałem więc asystentem i pomogłem zorganizować sztab. Tak też w pierwszej drużynie pojawił się m.in. Tomek Mgłosiek, który był ze mną w drugim zespole, a uznałem, że to zdolny, młody chłopak, na którego warto postawić.”

„Talant natomiast dostał mnie w spadku” – śmieje się Tomasz Strząbała – „Nie wiem, jak przebiegały rozmowy, gdy odchodził Bogdan, nie wiem, dlaczego zostałem. Nawet nie drżałem o swoją posadę, bo dowiedziałem się o wszystkim w ostatniej chwili. Przyszedł nowy trener i powiedział, że pracujemy.”

ROLA DRUGIEGO TRENERA

Gdy Bogdan i Talant wyjeżdżali na zgrupowania reprezentacji, stery w zespole obejmował trener Strząbała. Prowadził treningi, dbał o przygotowanie fizyczne, taktyczne, zajęcia na siłowni i wszelkie inne sprawy, które na co dzień koordynował pierwszy trener. Do czego w takim razie sprowadzała się rola asystenta, gdy szkoleniowcy wracali do klubu i na czym polega teraz, gdy trener Dujszebajew nie prowadzi już żadnej reprezentacji?

„W zasadzie drugi trener jest teraz w ogóle niepotrzebny” – mówi z kamienną twarzą Strząbała. Po chwili uśmiecha się dobrotliwie – „Nie no, żartuję. Drugi trener jest niezbędny. Należy przy tym zaznaczyć, że musi się on zdecydowanie różnić od pierwszego. Charakterologicznie. Dobrze by było także, by go uzupełniał. Czyli: jeżeli pierwszy jest łagodny, to drugi powinien być brutalny, jeśli pierwszy jest groźny, to drugi jest miły. Zwykle to ja byłem tym, który wymagał więcej i chciał cięższych treningów” – śmieje się, po czym kontynuuje – „Jeżeli pierwszy nie czuje się pewnie w obszarze przygotowania fizycznego, to drugi trener powinien czuć się w nim lepiej. Jeżeli pierwszy jest doskonały w taktyce, to drugi powinien wiedzieć, jak pomóc w indywidualnych ćwiczeniach technicznych, np. grze jeden na jeden, zwodach, rzutach, pracy w obronie. Gdy pierwszy trener zdenerwuje się na meczu i uprawia własną politykę z sędziami, to drugi zajmuje się prowadzeniem drużyny, np. robi zmiany. Gdy pierwszy trener jest na końcu ławki i coś komuś tłumaczy, a właśnie kończy się kara, drugi musi wprowadzić właściwego zawodnika na boisko.”

Drugi trener musi być więc zawsze do dyspozycji pierwszego i tak naprawdę właśnie od głównego szkoleniowca zależy jego zakres obowiązków. „Jestem jakby cieniem pierwszego trenera, staram się myśleć tak, jak on i przewidywać każdy jego ruch. Jest to bardzo trudne, ale po to właśnie tyle ze sobą przebywamy, by dobrze się znać i wiedzieć, o co nam wzajemnie chodzi.”

SPRYTNE SZNUROWANIE BUTA

Błędy są jednak nieuniknione. „Podczas meczów każdego czasem ponoszą nerwy. Sędziowie i obserwatorzy mają coraz większy wpływ na to, co dzieje się na ławce. Na mistrzostwach już praktycznie każdy gest trenera jest karany i tylko jeden człowiek może się poruszać, by prowadzić zespół, drugi musi siedzieć. Gdy zaczyna wstawać, jest od razu zagrożenie, że ławka otrzyma karę”.

„Bardzo łatwo o pomyłkę, np. wbiegnięcie siódmego zawodnika w pole. Pamiętam, że jak pracowaliśmy razem z Bogdanem, w Danii, trzy metry za strefą zmian wbiegł nam Grzesiek Tkaczyk jako ósmy na boisku. Nagle patrzę, a my coś gęsto mamy w tej obronie! Bogdan był gdzieś na końcu ławki, przybiegł do mnie, wydarł się na mnie, ja na niego, bo co też w takiej sytuacji moglibyśmy sobie sensownego powiedzieć. Dostaliśmy obaj po żółtej kartce i tyle” – śmieje się trener – „W naszej lidze też już się zdarzyło parę razy, że zrobiliśmy złą zmianę, ale potrafiliśmy to tak sprytnie ukryć, że nikt nawet tego nie zauważył, bo wszedł następny, a taki delikwent schował się za kimś. Udało nam się to kilka razy. Jeżeli zawodnik jest ze dwa metry od strefy zmian, to można wstać, zasłonić go i pokazać mu delikatnie, by się przemknął za plecami. Najważniejsze to nie popadać w panikę. Zawsze można udać, że sznuruje się buta i cichaczem zejść z boiska.”

TAJEMNE TRENINGI Z BRAMKARZEM

Obecnie tendencja w profesjonalnych klubach jest taka, że do sztabu szkoleniowego zaprasza się eksperta od przygotowania fizycznego i trenera specjalistycznego od bramkarzy. Jak wiadomo, Zorana Djordjicia mamy w Kielcach od niedawna, więc do tej pory drugi trener musiał być po trochę jednym i drugim. Przychodząc na treningi żółto-biało-niebieskich, nie raz można było zobaczyć, jak Tomek Strząbała prowadzi szereg ćwiczeń z bramkarzami za pomocą piłeczek tenisowych czy regularnych piłek.

„Tak, do tej pory pomagałem bramkarzom w ich treningu, ale miałem tak doświadczonego zawodnika, jakim jest Sławek Szmal, więc raczej asystowałem mu w wykonywaniu ćwiczenia, które on narzucał” – komentuje Strząbała – „Gdy był u nas jeszcze Marcus Cleverly, to bywało tak, że w niedzielę rano, po nieudanym meczu w sobotę, spotykaliśmy się i trenowaliśmy, a nikt o tym nie wiedział. Na początku zresztą Marcus nie był wielkim bramkarzem, a zobaczmy jak duży postęp wykonał i ile fantastycznych meczów nam wybronił. Sławek Szmal to wielki profesjonalista i raczej trzeba było zwalniać jego treningi, zawsze chciał więcej i więcej, a ja od niego nauczyłem się bardzo wiele, jeśli chodzi o bramkę. Venio Losert natomiast przysyłał mi różne płyty i kasety, bym mógł uczyć się lepszej pracy z bramkarzami.”

LEKCJE WF-U W DUCHU PATRIOTYCZNYM

Tomasz Strząbała jest na tyle barwną postacią, że ciężko jest być wobec niego obojętnym. Albo się go uwielbia albo nie znosi. Jest bezpośredni, konkretny, nie przebiera w słowach i mówi dokładnie to, co myśli. To wszystko w połączeniu z doświadczeniem taktycznym, technicznym, fizycznym, czy psychologicznym, zbieranym przez lata na różnych szczeblach kariery buduje jego solidny warsztat trenerski. „Ukształtowała mnie możliwość pracy na tak wysokim poziomie. To wielka zasługa trenerów, z którymi współpracowałem, Bogdana, Talanta, a także Wojtka Nowińskiego, od którego wiele mogłem nauczyć się w kadrze” – mówi trener Strząbała – „Bardzo wiele do warsztatu trenerskiego wnoszą też zawodnicy.”

Tomasz Strząbała długo pracował z młodzieżą, zarówno w klubie jak i w szkole. „Byłem bardzo wymagającym nauczycielem, ale jak spotykałem potem swoich uczniów, to chętnie ze mną rozmawiali, więc chyba dobrze mnie wspominają. Może poza tymi, których naprawdę dojechałem” – śmieje się trener – „Pracowałem w Sienkiewiczu na Podkarczówce. Kiedyś, w czwartej klasie ogólniaka moi uczniowie przez miesiąc musieli u mnie na WF-ie śpiewać hymn! W ramach wychowania patriotycznego urozmaicającego lekcje.” 

CZASEM TRZEBA ODPUŚCIĆ

Trener bardzo miło wspomina okres szkolenia młodych ludzi. Przyznaje, że sprawiało mu to wiele radości i mocno różniło się od treningów z seniorami. „Przy współpracy z młodzieżą bardzo szybko widać efekty pracy trenera i to jest super” – wyjaśnia – „Gdy chłopiec jest sprawny, ma dobre warunki fizyczne, to widać, jak robi postępy i się rozwija. Nie można na tym etapie narzucać zbyt wiele taktyki, raczej się go uczy, by umiał grać jeden na jeden czy dwa na dwa. W pracy z seniorami przygotowuje się graczy do wysiłku na najwyższym poziomie i narzuca się system gry. Tacy zawodnicy mają mniejszą swobodę jego realizacji, niż młodzi”.

Praca z młodzieżą była jednym z pierwszych etapów kariery trenera, na którym wiele się nauczył. „Po to pracuje się z juniorami, by się uczyć. Każdemu trenerowi juniorów wydaje się, że wie już bardzo dużo. A potem przychodzi do seniorów i okazuje się, że nie wie nic. Potem z kolei na szczeblu seniorskim zajmuje się zespołem z Ligi Mistrzów i znowu wychodzi na to, że nic nie wie!” – mówi. Choć wciąż jest bardzo wymagający, z czasem nauczył się, że warto czasem okazać zawodnikom trochę serca. „Czasem odpuszczam chłopakom. Mądry trener to robi. Jeżeli widzi, że zawodnik chętnie wykonuje pracę, warto, zamiast go dobijać, odpuścić mu trochę na koniec, wtedy z ochotą przyjdzie na kolejne zajęcia.”

NOCNE RĄBANIE DRZEWA

Strząbała wymaga nie tylko od innych, ale przede wszystkim od siebie. Choć teoretycznie ewentualna krytyka zawsze skupia się na pierwszym szkoleniowcu zespołu, to drugi i tak drugi bierze pełną odpowiedzialność za wszystko to, co się wydarzyło. „Jeśli ludzie są niezadowoleni z Talanta, to są też niezadowoleni ze mnie” – przyznaje – „Odpowiedzialność za wyniki zawsze biorą obaj trenerzy i tak samo zawsze powinniśmy być traktowani przez kibiców.”

„To podporządkowanie się pierwszemu trenerowi jest najtrudniejsze w pracy asystenta. Każdy trener ma przecież swoje plany, swoją koncepcję, a jednak musi ustąpić. Często wszelkie frustracje niczym gąbka wchłania rodzina. Jeśli ktoś decyduje się na życie z trenerem, musi wiedzieć, że nie jest to łatwe. Miałem zresztą przyjaciela, trenera m. in. Startu Elbląg, który przed meczem, całą noc z soboty na niedzielę rąbał drzewo, by się wyładować! Nie wiem, skąd te drzewa brał, bo przecież meczów było dużo. Ale przy okazji był użyteczny, posiekał tego drewna pewnie tyle, że spokojnie mógł je potem sprzedać lub wykorzystać na opał!”.

NA DYSTANS

„Niektórzy mówią do mnie Tomek, a niektórzy trenerze. Wcześniej nikt do mnie nie mówił po imieniu, ale gdy przyszedł Bogdan, to się zmieniło, bo do niego wszyscy tak mówili. Do mnie nigdy, ja zawsze trzymam dystans, nie wchodzę w aż tak bliskie kontakty” – trener Strząbała faktycznie jest mocno zdystansowany do otoczenia, ale to nie znaczy, że zupełnie nie dopuszcza do siebie zawodników. „Zależy, z jakimi ludźmi mamy do czynienia” – wyjaśnia – „Jeżeli z w pełni ukształtowanymi zawodnikami, którzy wiedzą, co to respekt, to nie ma problemu. Ale kiedy młodego człowieka dopiero się buduje, to nie może do mnie chłopiec osiemnastoletni powiedzieć ‘Słuchaj, Tomek’, bo mu dam kopa w tyłek i tyle” – śmieje się. W klubie akurat nie ma takiego problemu, bo młodzi zawodnicy, Miłosz Wałach i Bartek Bis, pewnie nigdy na takie przeskoczenie dystansu nawet by nie wpadli.

„Tak, Bartek Bis jest aż za grzeczny!” – komentuje trener – „To bardzo utalentowany chłopiec jeśli chodzi o pozycję obrotowego. Żałuję, że przytrafiła mu się kontuzja, bo wiem, że gdyby nie to, byłby w kadrze Piotra Przybeckiego. Piotrek pytał o niego, gdy razem robiliśmy szkolenie Master Coach, a tu taki pech. Ale może trzeba takie rzeczy przejść, żeby być twardym.”

Skoro już w rozmowie pojawił się Piotr Przybecki, poruszamy temat kadry w kontekście klubu. Konkretnie przechodzimy do odpływu reprezentantów Polski, a w szerszym ujęciu w ogóle Polaków z Kielc, zważywszy na przyszłe transfery. Czy to zjawisko, którym powinniśmy się martwić? „Pewna era Polaków kończy się” – odpowiada spokojnie trener Strząbała – „Nie mamy pokolenia, które mogłoby zastąpić tę generację. Z drugiej strony jesteśmy klubem polskim i kiedyś zawsze słyszałem, że na jednej pozycji powinien być jeden obcokrajowiec – gwiazda i jeden młody Polak, który się będzie uczył. Nasz klub ma jednak dużą presję na wyniki i dlatego nie możemy szkolić zawodników pod tym kątem. Musimy dobierać najlepszych dostępnych zawodników, którzy pasują do naszej koncepcji. W takiej drużynie, jak ta, praca polega na selekcji zawodników wysokiej klasy, przygotowaniu ich do sezonu, ustawieniu taktycznym zgodnie z wizją trenera i prowadzeniu ich tak, by nie mieli kontuzji. Nie ma w naszym zespole typowego szkolenia, nie ma na to czasu, ani możliwości.”

WSZYSTKO JESZCZE MOŻE SIĘ ZDARZYĆ

Tomasz Strząbała miał swój epizod jako pierwszy trener PGE VIVE Kielce, gdy na skutek konfliktu Talanta Dujszebajewa z Manolo Cadenasem na meczu z Płockiem obaj szkoleniowcy zostali zawieszeni. Drugi trener w pojedynkę musiał dokończyć spotkanie, a następnie dowodzić zespołem w czterech kolejnych. „To było tylko prowadzenie drużyny na boisku, bo to Talant wszystko ustalał. Nie były to trudne mecze. Ja tylko starałem się chłopakom nie przeszkadzać. Niemniej, było to dla mnie fajne wyzwanie, na pewno do dzisiaj to pamiętam!” – przyznaje.

Dzięki wszystkim etapom, które do tej pory zaliczył, z pewnością jest już gotowy na usamodzielnienie się. Jego marzeniem jest poprowadzenie reprezentacji Polski. „Jestem patriotą i zawsze największym marzeniem każdego sportowca jest zagrać w reprezentacji. Ja jako zawodnik byłem za słaby, natomiast jako trener być może przyjdzie na to czas” – mówi spokojnie. Cóż, jest taki pan, Raul Gonzalez, który zaczynał jako asystent Talanta Dujszebajewa w Ciudad Real, a później jako pierwszy trener wygrał Ligę Mistrzów z Vardarem. „Do Raula w żaden sposób nie mogę się porównywać!” – protestuje Strząbała. Ale przecież nie o porównywanie tu chodzi, a o sugestię, że wszystko jeszcze może się zdarzyć.

Tekst pochodzi z dwudziestego czwartego numeru informatora meczowego #dawajDAWAJ, przygotowanego na mecz z Paris Saint-Germain (21.04.2018r.).

#dawajDAWAJ nr 24