#dD 25: Różne oblicza handballu
11.12.2018, 15:55
#dawajDAWAJ

#dD 25: Różne oblicza handballu

  • Magda Pluszewska
  • Tekst

Magda Pluszewska

  • Anna Benicewicz -Miazga
  • Foto

Anna Benicewicz-Miazga

  • Tomasz Fąfara
  • Foto

Tomasz Fąfara

ZAWODNIK NUMERU: DEAN BOMBAC

BACKSTAGE: RÓŻNE OBLICZA HANDBALLU

„Nutelli nie jadłem już z półtora roku!” – Dean stara się stłumić śmiech, ale kiepsko mu to wychodzi. Ciężko znaleźć drugiego, tak pozytywnego człowieka w zespole. Jego duże, głęboko osadzone oczy wiecznie błyskają figlarnymi iskierkami, jakby Słoweniec stale myślał, co by tu jeszcze spsocić, a spod bujnego zarostu przezierają solidne zmarszczki mimiczne, przez lata wypracowane dobrotliwym uśmiechem.

„Teraz kupuję ją tylko dla Emmy i Ikera, ale dzieci mogą ją jeść wyłącznie w sobotę. No dobra, ja też czasem trochę podjem! Ale raz, może dwa w miesiącu. Teraz, kiedy nie jem jej już tak długo, nawet nie mam takiej potrzeby” – przyznaje. W Szeged miał jej pod dostatkiem, bo trener Juan Carlos Pastor przymykał oko na żywieniowe upodobania swojego podopiecznego. W Kielcach jednak Talant Dujszebajew zabronił rozgrywającemu spożywania tego pysznego kremu na bazie oleju palmowego. „I tak najlepsza jest ta włoska. Nie wiem, od czego to zależy, ale autentycznie ma inny smak” – mówi tonem, jakby zdradzał wielką tajemnicę – „Ale tutaj po prostu musiałem ją odłożyć na bok, to na pewno jedna z bardzo dobrych zmian, które przeszedłem w ciągu minionych lat”.

  • KIEDY I DLACZEGO DEAN ODRZUCIŁ OFERTĘ Z KATARU?
  • JAKICH RÓŻNIC W PIŁCE RĘCZNEJ DOŚWIADCZYŁ W SWOJEJ KARIERZE?
  • DLACZEGO W KIELCACH DEKI NIE RZUCA TYLU BRAMEK, CO W SZEGED?
  • SKĄD WZIĄŁ SIĘ FENOMEN SŁOWEŃSKICH SZCZYPIORNISTÓW W OSTATNICH LATACH?

WSZYSTKO DLA RĘCZNEJ

Trochę ich było. Po tym, jak Dean Bombac w 2013 roku wyjechał z rodzinnego Kopru, gdzie trenował od małego, dość szybko dołożył na swoje konto grę w czterech kolejnych krajach: Białorusi, Francji, na Węgrzech i w Polsce. Niektórzy ludzie tak mają – nie mogą usiedzieć dłużej w jednym miejscu, potrzebują nowych doświadczeń, zmian otoczenia. Przykładem takiej postaci w Kielcach był Venio Losert, który podróże nazywał wręcz swoim przeznaczeniem, a w ciągu wieloletniej kariery reprezentował barwy ponad dziesięciu klubów. Dean to jednak inny przypadek. Jego handballowa wędrówka w dużym stopniu naznaczona została problemami finansowymi drużyn, w których grał.

Od samego początku zresztą musiał mocno walczyć z przeciwnościami losu, by związać się z piłką ręczną. Gdy miał szesnaście lat, dla treningów postanowił rzucić szkołę, za co mama wyrzuciła go z domu. „Nie wiem, co wtedy miałem w głowie, ale bardzo zależało mi na ręcznej. Przez jakiś czas mieszkałem u babci, a później mama pozwoliła mi wrócić do domu pod warunkiem, że znajdę pracę. No to wstawałem o czwartej rano, zasuwałem do supermarketu wyładowywać towar na półki, kończyłem o dziewiątej, a na dziesiątą biegłem na trening. Wieczorem na drugi, o dwudziestej pierwszej byłem w domu i od razu kładem się spać, bo w środku nocy znów musiałem wstać do pracy. Ale dla ręcznej zrobiłbym wszystko!” – opowiada. Opłaciło się, bo po roku otrzymał swój pierwszy kontrakt w Koprze, z którym związał się aż do 2013 roku. Wtedy rozpoczęły się podróże.

NAMIASTKA NORMALNOŚCI

„Chciałbym wreszcie zostać na dłużej w jednym kraju, dlatego z Kielcami podpisałem kontrakt aż do 2022 roku. Miałem ofertę pozostania w Szeged, ale chciałem zrobić krok do przodu. Wybrałem więc klub, który w mojej prywatnej hierarchii jest jednym z pięciu najlepszych na świecie. Mój cel to wygranie Ligi Mistrzów, a na to większe szanse mam tutaj” – mówi Dean – „Wcześniej nie miałem szczęścia. W Koprze nagle wszystko się załamało, więc wyjechałem do Mińska. Tam też dość szybko się posypało. W następnej kolejności podpisałem dwa kontrakty jednego dnia! Rano z Szeged na dwa lata, a wieczorem z Pays d’Aix UC na dwa miesiące. Nie chciałem po prostu zostać bez klubu”.

Deki ponad warunki finansowe stawiał możliwość rozwoju. Po rozpadzie białoruskiej ekipy rozgrywający dostał całkiem sympatyczną propozycję od katarskich szejków, ale petrodolary przegrały w starciu z warsztatem trenerskim. „To była lepsza oferta, ale Aix trenował wówczas Noka Serdarusić, a ja bardzo chciałem poznać jego spojrzenie na piłkę ręczną, jego filozofię gry” – opowiada Dean – „Dlatego wybrałem Francję, co okazało się być cennym doświadczeniem. Teraz jednak chcielibyśmy już z rodziną zostać w jednym miejscu. Emma i Iker chodzą do przedszkola, świetnie zaczynają mówić po polsku, czasem nawet łatwiej im coś powiedzieć w tym języku, niż po słoweńsku! Emma rozumie także angielski, bo gdy mieszkaliśmy na Węgrzech, chodziła do międzynarodowego przedszkola. Bardzo się cieszę, że dzieci mają taką łatwość nauki języków. Teraz chciałbym, by miały trochę normalności, życia w jednym kraju”.

WĘGIERSKI? NIE DA RADY!

Wcześniejsze podróże wiele Dekiego nauczyły, także w aspekcie filozofii życia. Łatwość nawiązywania kontaktów umożliwiła zawodnikowi zawarcie wielu przyjaźni, choć nie wszędzie dało radę. „Mam wielu przyjaciół we Francji i na Węgrzech, ale na Białorusi praktycznie nikogo. Spędziłem tam osiem miesięcy, a jednak nie nawiązałem trwalszych relacji. Białorusini są bardzo zamknięci w sobie, nie to co Polacy czy Węgrzy i Francuzi. W Polsce z nikim jeszcze nie miałem najmniejszego problemu, jesteście bardzo uśmiechnięci, wszyscy mówicie ‘dzień dobry’, macie niezłe poczucie humoru. Słoweńcy są podobni, może nawet jeszcze bardziej nastawieni na żarty, więc w szatni bardzo dobrze się ze wszystkimi dogadujemy” – opowiada Dean – „Ale nie chciałbym za bardzo dzielić tego na narodowości. Wydaje mi się, że nauczyłem się tego, iż wszyscy ludzie są podobni. Nie ma dużych różnic między nami, a już na pewno nie wynikają one z nacji, a prędzej z charakteru.”

Rozgrywający przykłada dużą wagę do języków krajów, w których aktualnie mieszka, choć przyznaje, że nie ze wszystkimi dobrze mu poszło. Węgierski? „Hmm..” – Słoweniec zamyśla się, po czym spokojnie daje wybrzmieć ciszy, która jest najlepszą odpowiedzią na to pytanie. „Jak by to ująć?” – śmieje się sam z siebie – „Zanim jeszcze przeprowadziłem się do Szeged, próbowałem przez kilka miesięcy uczyć się węgierskiego, ale on jest po prostu za trudny! Nawet Alen Blazević, który jest tam już sześć lat, umie może z dziesięć słów! No nie da rady!”.

DRUŻYNOWY JĘZYK URZĘDOWY

Dean odpuścił także naukę francuskiego ze względu na jedynie dwumiesięczny pobyt w tamtejszej ekipie, z powodzeniem uczył się natomiast innych języków. „Rosyjski nawet opanowałem. Polski? Rozumiem dobrze, ale gadam trochę źle” – mówi ponownie wybuchając śmiechem, ale trzeba mu przyznać, że na tle pozostałych kieleckich Bałkańców wypada naprawdę nieźle – „Znam też bardzo dobrze włoski, bo wychowywałem się w Koprze, z którego do Włoch jest dziesięć minut jazdy samochodem oraz hiszpański, którego nauczyłem się w Szeged ze względu na trenera”.

Juan Carlos Pastor również nie opanował węgierskiego i z oczywistych względów nawet nie próbował czynić go językiem urzędowym drużyny. Wszelka komunikacja za jego czasów odbywała się więc po hiszpańsku. „Drugi trener, Marko Krivokapić, dobrze mówił po węgiersku i gdy była potrzeba, robił za tłumacza. W tym czasie było nas tam siedmiu zawodników z Bałkanów, wszyscy znaliśmy hiszpański, więc przeważał głównie ten język. A później Pastor nauczył się angielskiego, który stał się naszym podstawowym językiem rozmów”. To duży kontrast w porównaniu z Talantem Dujszebajewem, dla którego język kraju, w którym pracuje, to świętość. W szatni PGE VIVE Kielce mówi się wyłącznie po polsku, a szkoleniowiec dba o to, by jego zawodnicy pobierali lekcje języka. „To oznaka szacunku do ludzi, z którymi przebywasz, ja w pełni się z tym zgadzam” – komentuje Deki. Umówmy się jednak, że nawet Talant poległ w starciu z węgierskim, tak jak zapewne poległby i każdy z nas.

W POLSCE SĄ MNIEJSZE BRAMKI!

Język i w ogóle kwestia komunikacji to jedna z najbardziej oczywistych różnic, którą można zaobserwować, trenując w różnych krajach. Dean uważa jednak, że jest to sprawa drugorzędna, bo za bardzo nie wpływa na efektywność drużyny czy poszczególnych zawodników. Co innego style gry, preferowane przez szkoleniowców.

„Mnie najbardziej odpowiada ten, który mamy w Kielcach z Talantem czy generalnie styl hiszpański. Szybki, kombinacyjny, trudny, w którym trzeba często używać głowy” – wylicza – „W takim układzie czuję się najbardziej komfortowo, wszystko musi być precyzyjne co do milimetra. W innych klubach gra toczyła się czasem do dwóch, trzech kroków, nie było miejsca na bieganie. Potem zacząłem grać w Szeged u Pastora, przestawiłem się na styl hiszpański, który bardzo mi się spodobał”. Efekty było widać na boisku, bo Dean był jednym z podstawowych „rzutków” swojej ekipy, zdobywając nawet po dziesięć bramek na mecz. Oceniając pobieżnie, można by więc uznać, że Słoweniec dużo stracił na transferze do Kielc, bo próżno szukać spotkań, w których zapisywałby na swoje konto porównywalną liczbę trafień. Co na to sam zainteresowany?

„Po pierwsze, w Szeged wyglądało to tak, że faktycznie, rzucałem dziesięć bramek, ale z tego pięć było z karnych. Po drugie, tam grałem po sześćdziesiąt minut, w Kielcach wszyscy występujemy po trzydzieści. Podzielmy więc tę dziesiątkę na dwa i odejmijmy karne” – tłumaczy zawodnik – „Wiem, że dla tych, którzy się nie znają na dyscyplinie, może wyglądać na to, że się opuściłem, lub że jestem źle prowadzony przez trenera, ale to zupełnie nie tak. Talant na początku dał mi wykonywać rzuty karne, ale okazało się, że tutaj nie umiem. W Szeged na sto prób rzucałem dziewięćdziesiąt osiem, tutaj na dziesięć wpadnie jedna” – Deki rozkłada ręce w geście bezradności – „Nie wiem, może w Polsce są mniejsze bramki! Ale na szczęście mamy Kolę i Djukę, którzy siódemki wykonują ze skutecznością 95%, więc wszystko jest pod kontrolą. Tutaj więcej rozgrywam. Dla mnie najważniejsze jest, że na końcu PGE VIVE wygra. Nieważne, kto rzuci ile bramek. Mnie nawet czasem bardziej cieszy asysta do Julena czy Dzidzi, niż samodzielne trafienie”.

ODCHUDZAJĄCA MOC DUJSZEBAJEWA

Poza tym Dean widzi sporo podobieństw w systemie gry Pastora i Dujszebajewa. „U Talanta jest bardzo podobnie, z tym, że mamy trochę więcej wolnej ręki. Talant sam był zawodnikiem, więc rozumie, że czasem potrzeba swobody. Ma bardzo dobre wyczucie zawodnika, wie, jak z nim rozmawiać, jak mu wytłumaczyć pewne rzeczy i na ile mu pozwolić na boisku. Takiej bliskości w kontakcie brakowało mi np. u Noki, ale być może po prostu za krótko z nim pracowałem.”

Z jednej strony wolna ręka, z drugiej jednak solidna dyscyplina. Brzmi jak wykluczające się elementy, ale Dean przekonuje, że Talant Dujszebajew doskonale je łączy. „To wszystko się przenika, w Szeged prawie w ogóle nie było dyscypliny, ale tam nie było takich zawodników, jak w Kielcach. Gdybyśmy tutaj jej nie mieli, zapanowałby totalny chaos” – mówi. No a do tego niektórym zawodnikom pewnie wciąż wisiałyby mniejsze lub większe brzuszki, np. od jedzenie Nutelli.  Palcem pokazywać nieładnie, ale wystarczy prześledzić zdjęcia niektórych delikwentów, by docenić odchudzającą moc trenera Dujszebajewa.

FRANCUSKI KOSMOS

Dean zresztą sam przyznaje, że bardzo ceni sobie podejście szkoleniowca żółto-biało-niebieskich do budowania formy. Na bazie własnych doświadczeń twierdzi, że jakość zdecydowanie bierze górę nad ilością, co nie we wszystkich rejonach handballowego świata jest powszechnie uznawaną prawdą.  „W obszarze trenowania są w Europie ogromne różnice. U nas, na Bałkanach, trenuje się dużo więcej i ciężej” – opowiada Deki – „Sporo zajęć odbywa się zupełnie bez sensu, przez co trochę zabija się zawodnika. Według mnie, lepiej jest zrobić półtoragodzinny trening złożony z elementów, które naprawdę są potrzebne, a nie na siłę cisnąć przez trzy godziny i to dwa razy dziennie. A tak mi się zdarzało, w dodatku bez przemyślanego podziału na siłownię, taktykę czy regenerację”.

Fakt, trzeba przyznać, że pod tym względem w Kielcach wszystko jest rozplanowane w najdrobniejszych szczegółach. Trener Dujszebajew przed treningami swojego zespołu sam zasuwa na rowerku stacjonarnym i ćwiczy na siłowni, więc doskonale wie, czego potrzeba zawodnikom, a w dbaniu o detale pomaga mu wykwalifikowany sztab szkoleniowy. Nad Dekim ponoć trzeba mocno czuwać, bo ma skłonności do obijania się, ale jak przyznał na początku tego sezonu Tomasz Strząbała, Słoweniec poczynił na tle drużyny największe postępy, porównując jego obecną formę do stanu wyjściowego po diecie nutellowej. „Trochę się migam, to prawda” – śmieje się rozgrywający – „Ale Talant mocno mnie ciśnie. Teraz już spokojnie robię ćwiczenia w mojej grupie. Jesteśmy podzieleni na dwie, bo wszyscy nie możemy przecież pracować na takich samych obciążeniach. Spójrzmy na takiego Dzidzię, to przecież 110 kg mięśnia! A ja? 90 kg, w dodatku nie wszystko to mięśnie!”

Dean przyznaje, że najcięższych treningów siłowych doświadczył we Francji. „Co oni tam robią, to jest kosmos! My, jako reprezentacja Słowenii, zdecydowanie potrzebujemy więcej takich ćwiczeń, to nasz największy minus w kadrze. Jak trenowałem w Aix, łapałem się za głowę na to co, oni wyprawiali, to były bardzo trudne dwa miesiące!”.

SŁOWEŃSKI FENOMEN

Skoro na Bałkanach treningi są tak intensywne, jak mówi Deki, to skąd jednak fenomen słoweńskich zawodników, którzy w ostatnich czasach oblegają europejskie parkiety? „Może właśnie stąd. Tak można trenować z młodymi, ale jak masz ponad trzydzieści lat, to już nie dasz rady. My mamy bardzo dobre szkolenie młodzieży. W bardzo wczesnym wieku zwracamy uwagę na technikę. Pamiętam, że ja zaczynałem trenować w szkole w wieku 7 lat. Miałem wtedy ze dwa czy trzy treningi w tygodniu, a w weekendy graliśmy mecze. W wieku 9 lat robiło się już selekcję, utalentowanych chłopaków z różnych szkół zbierało się do klubu, do Kopru. I tam już pracowali z nimi regularni trenerzy. Pewnych rzeczy nie można zacząć się uczyć w wieku 16 lat, trzeba zaczynać u podstaw, a słoweńskie szkoły mocno współpracują w z klubami w tym zakresie”.

Mimo to, Dean ubolewa, że wciąż u niego w kraju piłka ręczna nie jest tak popularna jak w Polsce czy na Węgrzech. „Na mistrzostwach świata we Francji zajęliśmy trzecie miejsce. Jakiś czas później rozgrywaliśmy u siebie mecze z Niemcami, czyli mistrzami Europy z 2016 roku. Graliśmy w Lublanie, w hali, która ma 14 tys. miejsc, a było może z 5 tys. osób. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego w Polsce. Tutaj pewnie i hala na 20 tys. byłaby wypełniona po brzegi”.

Słoweniec bardzo chwali sobie szczególnie atmosferę w Kielcach. „Serio, nie mówię tego dlatego, że teraz akurat tutaj gram, czy by się komuś podlizać. Uważam, że nasi kibice są najlepsi. To, co robią na meczach, szczególnie wsparcie, które okazali nam ostatnio, to coś niesamowitego!”.

Tekst pochodzi z dwudziestego piątego numeru informatora meczowego #dawajDAWAJ, przygotowanego na mecz z Energą MKS Kalisz (08.05.2018r.).

#dawajDAWAJ nr 25