#dD 32/33: Ding, ding! Idą Święta!
19.03.2019, 15:35
#dawajDAWAJ

#dD 32/33: Ding, ding! Idą Święta! O prezentach, choince i zupie czosnkowej

  • Magda Pluszewska
  • Tekst

pluszewska 2

  • Anna Benicewicz-Miazga
  • Foto

Anna Benicewicz-Miazga

Polskie czy hiszpańskie, z opłatkiem czy z krewetkami, z choinką czy z szopką – nieważne. Ważne, że rodzinne i radosne. Zawodnicy PGE VIVE Kielce opowiadają o bożonarodzeniowych tradycjach praktykowanych w swoich domach.

– Jak byłem mały, dostałem na święta koszulkę Real Sociedad – Julen zamyśla się na chwilę, jakby przywołując w pamięci moment odpakowywania skrzętnie owiniętego w kolorowy papier prezentu – Mama zrobiła mi psikusa, powiedziała, że w tym roku nie ma pieniędzy i dlatego dostanę jakąś tam zwykłą koszulkę. Ja trzymam tę paczuszkę w rękach, otwieram ją, a tu.. TA koszulka! To najlepszy prezent, jaki dostałem!

Prezenty to immanentny element zimowego okresu świątecznego, choć jak się dowiaduję, niekoniecznie samych świąt Bożego Narodzenia.

– U mnie prezenty dajemy sobie tradycyjnie, 24 grudnia, choć bardzo podoba mi się także zwyczaj znany mi bardziej z telewizji, z Ameryki, czyli obdarowywanie się pierwszego dnia świąt, o poranku – przyznaje Michał Jurecki – Wiem jednak, że jako dziecko nie doczekałbym na pewno do następnego dnia!

– U Basków jest właśnie tak, że prezenty dajemy sobie 25 grudnia, rano, tak jak w Stanach – mówi Julen – ale też 6 stycznia, w święto Trzech Króli.

– Angel, a jaki prezent świąteczny Ty wspominasz najlepiej? – pytam po polsku, a Julen asekuracyjnie tłumaczy skrzydłowemu treść pytania. Angel odpowiada bez zastanowienia:

– Rower! Jak byłem mały, marzyłem o rowerze. Co ciekawe, był żółty, bo żółty to mój ulubiony kolor – śmieje się Hiszpan.

No, to z barwami klubowymi trafiliśmy idealnie. Do rozmowy dołącza Dani.

– A dla mnie w święta najważniejsze jest bycie z rodziną. To dla mnie największy prezent – uśmiecha się starszy z braci Dujshebaevów. Hiszpańscy koledzy taktownie tłumią śmiech.

– Dobra, dobra, powiedz, że playstation! – wykrzykuje Julen.

Dani waha się przez chwilę, ale w końcu ulega presji.

– No dobrze, może playstation – szczerzy się – Często grywamy z Alexem i na któreś święta dostaliśmy je, było super!

O wilku mowa. Alex właśnie wędruje ku nam z szatni. Siedzimy na trybunach Hali Legionów przed jednym z ostatnich listopadowych treningów kielczan.

– Alex, teraz Ty! Jaki świąteczny prezent sprawił Ci najwięcej frajdy? – rozgrywający dostaje pytaniem w twarz, gdy tylko zbliża się wystarczająco blisko, by usłyszeć nasze głosy.

– No nie wiem… – zastanawia się przez chwilę powoli pokonując kolejne stopnie, dochodzi do odpowiedniego rzędu, po czym patrzy na brata – Playstation?

Trybuny Hali Legionów ponownie wybuchają śmiechem. Rozmowy o świętach przebiegają w aż nadto ciepłej atmosferze. Zawodnicy z ekscytacją dzielą się swoimi wspomnieniami z tego okresu, wymieniają poglądy i sami siebie zaskakują tradycjami charakterystycznymi dla ich krajów. Widać, że święta to dla nich naprawdę ważny czas, w którym mogą naładować mocno wyeksploatowane sezonem baterie i spędzić piękne chwile z rodzinami, z którymi tak rzadko się widują.

Dla jednego z zawodników PGE VIVE tegoroczne święta będą już w ogóle wyjątkowo wyjątkowe.

– Pierwszy raz od pięciu lat będę w domu – przyznaje Arciom Karalok. Białoruski obrotowy swoje święta obchodzi w styczniu i zwykle spędza je na zgrupowaniach kadr. Tak to już jest, że sportowy kalendarz dopasowany jest do katolików, a nie do prawosławnych.

– Zwykle święta spędzałem na zgrupowaniach kadr, bo przygotowywaliśmy się w tym czasie do mistrzostw świata czy Europy. W tym roku rozgrywamy turniej towarzyski, który kończy się jakoś 6 stycznia, więc siódmego będę już w domu (czyli akurat w pierwszy dzień świąt – przyp. red.) – dodaje zawodnik.

– O widzisz! – wtrąca się Michał Jurecki – A ja w tym roku pierwszy raz od dziesięciu lat byłem w domu cały styczeń! Cieszę się bardzo, że mogę spędzać ten okres z rodziną, bardzo lubię całą tę otoczkę! Lubię to bieganie za prezentami albo jedzeniem. Wiesz, wracasz do domu i nagle myślisz „O matko, zapomniałem tego i tego!” no i się zaczyna! W tym okresie wyprawa po przyprawy to pół dnia w kolejkach! Ale w ogóle mi to nie przeszkadza!

Dzidziuś przyznaje też, że bardzo lubi świąteczne piosenki.

– Moja żona uwielbia „Last Christmas”, jak tylko słyszy tę piosenkę, to aż fruwa! – śmieje się zawodnik, podskakując na krzesełku – Ja z kolei lubię… był kiedyś taki utwór nagrany charytatywnie… Band Aid! „Do they know it’s Christmas?”. A poza tym.. zaraz, jak to było? – Michał nabiera powietrza – Santa Claus is coming to town – intonuje nieśmiało, aż nadzwyczaj czysto trafiając w dźwięki – Sinatra to śpiewał jako pierwszy? To stara piosenka!

– Szczerze mówiąc, nie pamiętam… – mówię.

– Dobra, zaraz sprawdzę! – w tym momencie Michał przepada w ekranie smartfonu.

Pozostali zawodnicy jakoś nie palą się do śpiewania ulubionych piosenek czy kolęd, choć okazuje się, że jeszcze niedawno praktykowali to w dość odważny sposób.

– Ja jeszcze kilka lat temu byłem kolędnikiem! – śmieje się Julen – Mamy u nas taką tradycję, że chodzimy z przyjaciółmi po domach, śpiewamy, a mieszkańcy dają nam coś do picia albo pieniądze. Za to, co uzbieramy, robimy kolację! Już jakiś czas tego nie robiłem, ale gdy chodziłem ze znajomymi, było super!

– Mam, tekst powstał w 1932 roku! – Dzidzia cieszy się, jakby właśnie wygrał jakiś świąteczny teleturniej – I tak, Sinatra był jednym z pierwszych!

No, no.

Tymczasem ciekawymi zwyczajami obsypuje nas Vladimir Cupara. Serb, podobnie jak Arciom Karalok, jest prawosławny i swoje święta obchodzi w styczniu.

– Spędzam je co roku w Belgradzie – rozpoczyna swoją opowieść – 6 stycznia mamy wigilijną kolację, na której jemy tylko dania bez mięsa i żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego, typu mleko czy jajka. No i ryby, muszą być ryby (u Hiszpanów natomiast, według opowieści Alexa i Julena, na stole królują owoce morza i dojrzewająca szynka, jamon, a u samego Julena bardzo popularne są ślimaki – przyp. red.). Następnego dnia, około 6 rano odwiedzam mojego wuja. To taki nasz serbski zwyczaj, nazywa się položajnik. Każda rodzina w pierwszy dzień świąt przyjmuje jednego gościa, mężczyznę, który jest właśnie tym položajnikiem. Ja idę do mojego wuja, obdarowuję go prezentami i sam też dostaję prezent. Robię to co roku, pierwszy raz mniej więcej kiedy miałem 14, 15 lat. W samą wigilię, idziemy wieczorem do cerkwi i tam z kolei jest coś takiego, jak badnjak. Ludzie zbierają się na dziedzińcu i palą kawał drewnianego pnia. Jest duży płomień, dużo dzieci wokół, popijamy sobie przy tym rakiję. Jest świetna zabawa! Ale w pewnych granicach, nie jakaś wielka impreza, tylko taka.. „zabawa na poważnie”.

W opowieściach Vlada można się zasłuchać. Bramkarz z łatwością wyciąga je z rękawa pamięci, hipnotyzując słuchaczy. Aż chce się spakować i pojechać na święta do Serbii.

Zresztą każdy kraj ma jakieś swoje ciekawe tradycje mniej lub bardziej podobne do naszych, polskich. W Słowenii na przykład dużo uwagi poświęca się bożonarodzeniowym szopkom.

– Szopka to po słoweńsku jaslice, stawiamy ją pod choinką i sami dekorujemy. Bardzo to lubię – przyznaje Blaž Janc – Lubię też ubierać choinkę! I obdarowywać prezentami. Jak je kupuję, to zawsze pilnuję, by pięknie je zapakować, musi być ładny papier, wstążki i w ogóle.

No, no.

– I co, może jeszcze gotujesz?

– Tak! Zawsze! Serio! – mówi z przejęciem.

Vlad Cupara wybucha śmiechem.

– Ja nie! Nie ubieram też choinki, to domena kobiet. Jak byłem mały, to coś tam pomagałem, choć raczej stawałem z boku i mówiłem „Nie, tak mi się nie podoba, przewieś tę bombkę tutaj…” – bramkarz z powodzeniem ud Nie, tu też nie…”. Lubiłem wydawać rozkazy!

– U mnie choinkę ubiera moja mama! – mówi Angel.

– U nas też mama – dodaje Alex – My z Danielem ubieraliśmy, jak byliśmy mali. W Hiszpanii często choinki wystawia się też przed domy…

– …Tak, my nie mamy śniegu, więc dla nas symbolem świąt są światła. Wszystkie miasta wieczorami są pięknie oświetlone – mówi Angel.

– Nie ma śniega, ale i tak jest zimno! – komentuje zgryźliwie Julen.

W Hiszpanii, podobnie jak na Białorusi, Boże Narodzenie nie absorbuje zresztą tak dużej uwagi, jak w Polsce.

– U nas ważniejszy jest Nowy Rok i Święto Trzech Króli – opowiada Dani – Świętujemy razem z rodziną.

– I na imprezę idziecie razem?! – dopytuję zdziwiona.

– Nie, nie! – śmieje się Alex – Na samą imprezę już ze znajomymi, ale 31 grudnia spędzamy razem. Mamy taki zwyczaj, że o północy na każde wybicie zegara…

– Ding! Ding! – Julen świetnie się bawi imitując zegar.

– …trzeba zjeść jedno winogrono. W sumie dwanaście. Na szczęście. – kończy Alex.

– A impreza kończy się śniadaniem, na którym koniecznie trzeba zjeść churros! – wykrzykuje Angel.

– Albo zupę czosnkową… – wtrąca Julen ironicznie, a wszyscy wybuchają śmiechem. Patrzę na niego zdziwiona – Kiedyś śniadanie jadłem u mojego znajomego i on akurat miał tradycję jedzenia zupy czosnkowej na śniadanie, która wyglądała jak piwko! Serio! No to wziąłem i wlałem w siebie to piwko. Szybko zorientowałem się, że coś z nim nie tak!

– U nas właśnie w Nowy Rok dajemy sobie prezenty, z tym, że roznosi je nie Św. Mikołaj, a Dziadek Mróz – mówi Arciom – Ale to chyba ta sama postać, też ma czerwone wdzianko jak Mikołaj.

Na Bałkanach też króluje Dziadek Mróz, znany jako Deda Mraz. U Julena natomiast, w Kraju Basków, w tradycji świątecznej pojawia się tajemniczy Olentzero. To puszysty mężczyzna w obdrapanym ubraniu, który lubi sobie pojeść i popić, a przy okazji obdarowuje dzieci prezentami.

– Mój brat w ostatnie święta przebierał się za Olentzero i jeździł nocą po domach, rozdając prezenty dzieciom znajomych! – śmieje się Julen.

Bardzo charakterystyczną dla Hiszpanów tradycją świąteczną jest też wielka Loteria de Navidad – ogólnokrajowa loteria, w której można wygrać bardzo wysokie nagrody pieniężne.

– Odbywa się 22 grudnia, ja nie wiem, o co w tym chodzi, serio! – opowiada Julen – Ludzie chyba w tym tygodniu więcej zarabiają i za to kupują te losy.

– Ja nie kupuję – wtrąca się Angel – Nie ma szans wygrać! Ale starsi ludzie zasiadają przed telewizorami i śledzą losowanie.

Na koniec nasza rozmowa schodzi na poważne tory.

– To za co najbardziej lubicie święta?

– Najfajniejsze jest to, że jestem razem z rodziną – odpowiada Blaž – Cały rok jestem tutaj w Kielcach, a wszyscy moi bliscy są w Słowenii. To super, kiedy możemy się spotkać. Dla mnie to najpiękniejszy czas w roku!

– Na co dzień jesteśmy daleko, dla mnie to też najważniejsze – mówi Julen – Lubię wracać do domu. Dużo ludzi mówi, że nie lubi świąt, a ja je przez to uwielbiam! Zresztą urodziłem się w grudniu, dla mnie to fajny czas.

– To czas dla rodziny – dodaje Arciom – Teraz, pierwszy raz po pięciu latach… już nawet nie pamiętam, jak wyglądają święta. Lubię też prezenty, to bardzo miły zwyczaj.

– Tak, ja też. Lubię je dawać, szczególnie gdy trafię z prezentem i widzę radość na twarzy drugiej osoby.

Oby w święta wszystkim nam towarzyszyły tak dobre humory, jak zawodnikom PGE VIVE Kielce podczas tej rozmowy. Pamiętajmy, że Boże Narodzenie to nie konkurs na najlepiej udekorowany dom, najsuciej zastawiony stół czy najdokładniej wypolerowane okna. Niech ten okres upłynie nam w towarzystwie tych, dla których w ciągu roku niekoniecznie mamy czas. Spędźmy go szczęśliwie i radośnie, cokolwiek miałoby to dla każdego z nas znaczyć.

Tekst pochodzi ze świątecznego numeru informatora meczowego #dawajDAWAJ (grudzień 2018/styczeń 2019).

dd okladka grudzien 2018 swieta