K. Lijewski: Polska powinna być uprzywilejowana w walce o „dziką kartę”
22.05.2020, 15:31
Wywiad

K. Lijewski: Polska powinna być uprzywilejowana w walce o „dziką kartę”

  • Magda Pluszewska
  • Tekst

Druga część wywiadu z Krzysztofem Lijewskiem przeprowadzonego w ramach „Konferencji prawie prasowej”, w której zebraliśmy pytania od dziennikarzy lokalnych redakcji. Rozgrywający PGE VIVE Kielce komentuje stopniowe „odmrażanie” polskiego i europejskiego sportu oraz szuka nadziei na „dziką kartę” na MŚ 2021 dla Polski analogicznie do przypadku Japonii sprzed roku.

 

Czy w związku z sytuacją ostatnich miesięcy rozważałeś zmianę numeru na koszulce?

Krzysztof Lijewski, rozgrywający PGE VIVE Kielce: Fajne pytanie (śmiech). Nie, przyzwyczaiłem się do dziewiętnastki, która została mi nadana po przeprowadzce do Hamburga. Niestety, mój język obcy w tamtym okresie był na tyle „dobry”, że nie potrafiłem wywalczyć trójki, którą zawsze chciałem nosić na plecach (śmiech). Wziął ją Stefan Schröder, więc mnie po prostu dano dziewiętnastkę. Ja tak spojrzałem, „O, dziękuję, super numer” i tak już zostało.

Sport w Polsce i w Europie powoli się reanimuje. Od poniedziałku można trenować w hali, piłkarze nożni wracają do gry. Jako sportowiec, jakie masz zdanie na temat tych decyzji?

Mamy tu dużo pytań, a odpowiedzi nie są łatwe. Z jednej strony wszyscy jesteśmy głodni gry. My, sportowcy zawodowi, chcielibyśmy jak najszybciej wrócić, niektóre ligi i dyscypliny powoli się odmrażają. Z drugiej strony, cały czas istnieje ryzyko zakażenia. Nie wiem, jak jest z dostępnością testów i systematycznego badania zawodników. Wiem, że np. na Zachodzie jest tak, że zawodnicy są badani co drugi czy trzeci dzień. W Bundeslidze piłkarze nożni mogą czuć się bezpieczni i dlatego tamtejszy związek zadecydował o wznowieniu rozgrywek. U nas piłka nożna też jest odkurzona, ale czy to odpowiedni moment, to nie pytanie do mnie. Osobiście jestem bardzo głodny sportu, brakuje mi go nawet w telewizji. Ja zawsze żyłem sportem, a teraz bardzo ciężko znaleźć mi na kanale sportowym jakiś mecz na żywo, to tylko „odgrzewane kotlety”, mówiąc brzydko. Niestety, jesteśmy w takich czasach i musimy się z tym wszystkim pogodzić. Cieszę się, że powoli to wszystko wraca do normy, ale mam też nadzieję, że utrzymamy się w zdrowych ryzach i granicach rozsądku.

A jak z tej perspektywy oceniasz definitywne zakończenie rozgrywek piłki ręcznej w Polsce?

Z jednej strony można się zastanawiać, czy ta decyzja nie została podjęta za szybko. Z drugiej, taka decyzja zapadła i trzeba ją uszanować. Niektórzy są nieszczęśliwi i się z nią nie zgadzają, my możemy skakać z radości, bo po raz kolejny zostaliśmy mistrzami polski. Inne drużyny miały jednak jakieś plany w tym sezonie, chciały je spełnić, a niestety tego nie zrobią. Ludzie zawsze będą mieli różne poglądy na ten temat, złotego środka tu nie znajdziemy. Najbardziej szkoda reprezentacji, tutaj jest na pewno wielki kamień do ogródka EHF i IHF, ponieważ zabrali chłopakom możliwość walczenia w eliminacjach mistrzostw świata 2021.

Jak oceniasz szansę Polski na uzyskanie „dzikiej karty”?

Szansa zawsze jest, ale wiele innych drużyn też o nią walczy i boję się, że Polska może jej po prostu nie dostać. Jakie czynniki o tym zadecydują, nie wiem. Pewnie po prostu zbiorą się ludzie, porozmawiają, podzwonią, przedyskutują, komu ta karta będzie się najbardziej należała i tak ją rozdysponują. Wydaje mi się, że jeżeli Polska w 2023 roku ma organizować mistrzostwa świata, to powinna być w uprzywilejowanej pozycji. Tak chyba było z Japonią, która dostała przydział na wielką imprezę, bo w późniejszej perspektywie miała organizować igrzyska olimpijskie (Japończycy dostali „dziką kartę” na mistrzostwa świata 2019 – przyp. red.). Może będzie tu jakaś ciągłość, która da Polsce większą szansę.

Czy w związku z umożliwieniem przez rząd treningów w halach pojawiły się jakieś plany oficjalnych treningów dla zawodników, którzy jeszcze są w Kielcach?

Nie, wielu zawodników opuściło już kraj. Ale każdy z nas jest profesjonalistą i robi sobie jakieś mniejsze czy większe treningi. To nie chodzi o to, by teraz trzy miesiące siedzieć na kanapie, a na okres przygotowawczy przyjść z dziesięciokilową nadwagą. Takiej sytuacji na pewno nie będzie. Im bliżej do startu nowego sezonu, kontakty z trenerami będą coraz częstsze. Wydaje mi się, że nasz trener przygotowania motorycznego, Krzysiek Paluch, będzie zasypywał nas coraz większą liczbą wytycznych. Ale każdy z nas sam jest na tyle świadomy, że wie, że od czasu do czasu trzeba zrobić trening.

Jak wygląda Twoje „od czasu do czasu”?

Rower, troszeczkę biegania, jakaś stabilizacja, praca z gumami. Nie za dużo, nie za mało, tak żeby trochę serducho pobiło.

Jak po ponad dwudziestu latach gry w piłkę ręczną odnajdujesz w sobie motywację do codziennego treningu?

To już dwadzieścia lat (śmiech)? Dopóki sprawia mi to radość, dopóty będę grał. Jeżeli uznam w pewnym momencie, że czuję się wypalony, wtedy będzie problem i wtedy zastanowię się nad tym. Na razie cały czas chce mi się grać, cały czas chcę spędzać czas na boisku i wygrywać. My, zawodowi sportowcy, jesteśmy na to zaprogramowani. Całe tygodnie, miesiące przygotowujemy się pod danego przeciwnika, albo pod inny cel, który chcemy osiągnąć. Dopóki mi się w środku chce, dopóki słyszę w sobie krzyk „rusz się”, dopóty będę to robił.

 

Przeczytaj 1 cz. wywiadu