T. Dujshebaev: W tym sezonie byłem trenerem, kibicem i cheerleaderką!
28.06.2021, 13:44
Wywiad #dawajDAWAJ

T. Dujshebaev: W tym sezonie byłem trenerem, kibicem i cheerleaderką!

  • Maciej Szarek
  • Tekst

  • Patryk Ptak
  • Foto

Patryk_Ptak

„Plan na wakacje mam jeden: pozbyć się całego zmęczenia. To był najtrudniejszy sezon w historii” – mówi Talant Dujshebaev. Razem z trenerem drużyny Łomża Vive Kielce analizujemy sezon 2020/2021. – „Decydujący był mecz z Flensburgiem na koniec fazy grupowej. Zepsuł nam wszystkie plany”.

WYWIAD POCHODZI Z 42. NUMERU MAGAZYNU #DAWAJDAWAJ 

Łomża Vive Kielce: Jakie ma Pan plany na wakacje?

Talant Dujshebaev, trener drużyny Łomża Vive Kielce: Plan jest tylko jeden, czyli kompletnie się zresetować, odpocząć i naładować do pełna akumulatory. Do sierpnia wyłączę komórkę! To ma być czas dla mojej rodziny. Obejrzę pozostałe mecze w Europie, będę oglądał igrzyska olimpijskie w Tokio, ale tylko w roli kibica, nic więcej. Rzadko ma się taką okazję. Chcę wyrzucić z głowy wszystkie emocje i całe zmęczenie, ale piłka ręczna była, jest i zawsze będzie obecna w moim życiu.

Na tle innych sezonów, jak bardzo ta kampania dała Panu w kość?

Myślę, że za nami najcięższy sezon w historii. W ubiegłym roku mówiliśmy, że były problemy ze zmęczeniem i już wtedy było ciężko, ale teraz, gdy doszły wszystkie konsekwencje związane z pandemią koronawirusa, jeszcze nigdy nie było tak trudno.

Pierwsza połowa sezonu była jednak świetna. Rok 2020 skończyliśmy na pozycji lidera zarówno w Lidze Mistrzów, jak i w Superlidze.

Do końca roku wszystko szło mniej więcej zgodnie z planem. Szkoda tylko, że jeszcze w 2020 roku nie udało nam się zagrać meczów z PSG oraz Porto, przez co musieliśmy nadrabiać je w lutym i w marcu. Ale i tak zagraliśmy sporo. Sportowo także szliśmy w dobrym kierunku, bo choć mogliśmy zdobyć dodatkowe punkty we Flensburgu czy w Porto, wygraliśmy ważne mecze – z PSG czy Vardarem Skopje.

To kiedy przestało iść zgodnie z planem?

Mówiąc szczerze, czuję się oszukany przez EHF. Pod koniec stycznia rozmawiałem z ludźmi odpowiedzialnymi za organizację Ligi Mistrzów, zapytałem w jaki sposób będą dokończone rozgrywki fazy grupowej, bo każdy zespół rozegrał inną liczbę meczów. Otrzymałem odpowiedź, że do początku marca wszystkie drużyny muszą zagrać wszystkie spotkania, więc tak też zaplanowałem kalendarz naszej drużyny. Na końcu okazało się, że tylko my i Barcelona zagraliśmy wszystkie 14 meczów i przez to wyszliśmy na głupków.

To znaczy?

Dlaczego graliśmy w Paryżu? Mogliśmy nie jechać, dostać walkower 0:10, a wyszlibyśmy na tym lepiej, bo faktycznie przegraliśmy tam przecież jedenastoma bramkami. Mielibyśmy i lepszy bilans, i bardziej wypoczętych zawodników, i zaoszczędzony czas, i pieniądze. Podobnie było z meczem w Brześciu. Ani Pick Szeged, ani Mieszkow Brześć nie grali swoich meczów przed spotkaniem z nami, a my jechaliśmy tam dzień po poprzednim meczu w Lidze Mistrzów.

Kolejna sprawa, że PSG dostało dziewięć punktów za pięć nierozegranych spotkań. Nie rozumiem dlaczego. PSG nie grało z Vardarem Skopje ani razu, a w dwumeczu wygrało 3:1. W takiej sytuacji wydaje mi się sprawiedliwym podział punktów po dwa. Dla nas też lepiej byłoby nie grać czterech wyjazdów i dostać ze trzy punkty!

Ostatnia kwestia. EHF powiedział nam, że sezon klubowy musi skończyć się na Final4 i wszystkie ligi do tego czasu muszą zamknąć rozgrywki. A potem okazuje się, że Bundesliga przedłużyła sezon do 27 czerwca! Wszystkie ciężkie wyjazdy, jak do Szczecina czy Gdańska, mogliśmy zatem zostawić na koniec roku i poluzować kalendarz w marcu. Ale nie mieliśmy takiej szansy. Rok temu, gdy zadecydowano, że nie zagramy w Final4, choć rozgrywki były w trakcie, wspierałem EHF, bo trzeba było podjąć decyzję i nigdy nie zadowoli się każdego. Ale teraz jestem zły. Planowaliśmy wszystko tak, by w marcu i kwietniu mieć mniej meczów, móc więcej potrenować i zbudować formę na maj. Chcieliśmy się jednak dostosować, pomóc, być elastyczni i na tym straciliśmy.

Wszystko zmieniły także mistrzostwa świata w Egipcie. To tam kontuzję złapał m.in. Angel Fernandez, a zawodnicy wrócili w przeróżnej formie.

Ile razy dyskutowaliśmy już o tym, czy nie lepiej przenieść je na termin letni, po zakończeniu sezonu? To był temat wielu kongresów IHF czy EHF. Władze mówią zawsze to samo, że w lecie są zwykle mistrzostwa w piłce nożnej i nie możemy z nimi konkurować. Do tego w styczniu są tańsze hotele i loty, a oglądalność i zainteresowanie kibiców jest większe. Rozumiem więc tę decyzję z marketingowego punktu widzenia, ale wszystko musi być zbilansowane. Mistrzostwa są w trakcie sezonu, a jednocześnie organizuje się coraz więcej meczów. W piłkę ręczną na najwyższym poziomie gra może 250 zawodników i cały ciężar spada na nich. Gracze są przemęczeni. Dla przykładu, 31 stycznia, w niedzielę, nasi chłopcy grali o brązowy medal mistrzostw świata w Egipcie, a 4 lutego, w czwartek, mieliśmy już mecz w Kwidzynie. A na mistrzostwach mieliśmy najwięcej zawodników ze wszystkich drużyn, bo aż piętnastu.

Stąd też tyle rotacji w naszej drużynie w meczach Superligi?

Dopiero kiedy ktoś pojechałby z nami na wyjazd Ligi Mistrzów, a potem od razu do Gdańska czy Szczecina, zrozumiałby po co są rotacje. Ja wiem, że my chcemy jednocześnie wygrywać wszystko, nawet w trakcie przygotowań, mieć wszystkich zdrowych zawodników, zawsze być w najwyższej formie i jeszcze dawać szansę młodym. Ale nie da się tego wszystkiego połączyć. Dobrze, że mamy szanse w Superlidze dać czasem odpocząć niektórym zawodnikom, a innym dać więcej czasu, by się ograli. Nie możemy kazać wszystkim graczom kazać grać po 55 spotkań w klubie, a potem dołożyć im jeszcze 20 w kadrze.

Analizował Pan dlaczego odpadliśmy z Ligi Mistrzów przeciwko HBC Nantes?

Najgorszy nie był wcale mecz z Nantes, tylko przeciwko Flensburgowi w ostatniej kolejce fazy grupowej. Z Nantes na wyjeździe zagraliśmy dobre spotkanie, wygraliśmy jedną bramką, w domu przegraliśmy trzema, więc różnica była bardzo mała. A Nantes to przecież zespół z najwyższej półki. Boli mecz z Flensburgiem, bo gdyby nie on, mogliśmy zakończyć fazę grupową na pierwszym miejscu i zagrać potem z Zagrzebiem i z Aalborgiem.

Co roku wiemy, że musimy wytrzymać luty i połowę marca zanim na początku kwietnia nie zaczniemy powoli odżywać. Najlepsza forma ma przyjść za to na maj. Jak ktoś patrzy z boku, może się dziwić, dlaczego gramy tak słabo i mamy taki spadek formy. Ale nie jest możliwe utrzymać najwyższą dyspozycję przez 10 miesięcy sezonu. Każdy widzi tylko efekt, nie widać pracy, jaką wykonujemy na treningach. Dla klubów we Francji czy w Niemczech priorytetem jest liga, pracują trochę równiej, my za to nastawiamy się bardziej na Ligę Mistrzów i budujemy formę na koniec rozgrywek.

A jak ważne są dla nas zwycięstwa w Polsce? Łomża Vive Kielce zdobyła 18. w historii Puchar Polski oraz 17. tytuł Mistrza Polski.

W ostatnich dziesięciu latach wygrywamy wszystko, tylko koronawirus sprawił, że nie wygraliśmy Pucharu Polski w zeszłym roku. Wygranie Superligi to jest dla nas podstawa, bo tylko dzięki tytułowi w kraju możemy zagrać w Lidze Mistrzów, w której teraz rywalizuje tylko szesnaście zespołów. Żeby się tam znaleźć, trzeba być mistrzem. Tylko z Niemiec, Francji i Węgier były po dwa zespoły w tym roku. Jesteśmy w bardzo uprzywilejowanej sytuacji w Kielcach, że możemy uczestniczyć w Champions League w tak elitarnym gronie. Ja czuję się bardzo szczęśliwy, że jestem jednym z szesnastu trenerów, którzy grają w Lidze Mistrzów. Doceniajmy to! To samo mówię zawodnikom, że muszą być dumni i odpowiedzialni za to, że grają w zespole, który należy do tego grona. Możemy dyskutować o nowym formacie, zmniejszeniu liczby zespołów, ale na pewno daje to najwyższy poziom i elitarność rozgrywek.

Cały sezon 2020/21 rozegraliśmy w reżimie sanitarnym. Co było najtrudniejsze w tym czasie?

Brak kibiców. Myślę, że to było najtrudniejsze do akceptacji. Grać przy pustych trybunach, bez wsparcia, to było smutne. Gramy oczywiście dla kibiców przed telewizorami, ale bez możliwości ich zobaczenia, to było coś zupełnie innego. Tęsknimy za nimi. Oprócz tego testy, a konkretniej oczekiwanie na wyniki. Często było tak, że siedzieliśmy w domach do ostatniej chwili, nie wiedząc, kiedy i w jakim składzie będziemy mogli przyjechać na trening. To burzyło wszystkie plany. Oprócz tego, w poprzednich sezonach zwykle po meczach chodziliśmy na wspólne kolacje, często organizowaliśmy spotkania całymi rodzinami, a teraz musieliśmy ograniczać kontakt do minimum. Po treningach i meczach każdy od razu jechał do domu. Jestem pewien, że to też miało wpływ na ten sezon, bo trudniej było zbudować grupę, wprowadzić nowych graczy. To ważny element życia drużyny, którego zabrakło w tym sezonie.

Przez brak fanów na trybunach trudniej było zmotywować drużynę przed meczami?

Oczywiście! W tym sezonie musiałem być naraz trenerem, kibicem i cheerleaderką (śmiech)! Kiedy w zeszłym roku, w Puławach pierwszy raz graliśmy przy pustych trybunach, to był szok. Ale wtedy nie wyobrażaliśmy sobie, że tak będzie przez cały kolejny sezon. W tym roku zdecydowanie trudniej było dotrzeć do zawodników, bo w poprzednich latach, gdy przychodziły ważne mecze i była pełna hala, wystarczyło powiedzieć “Dawaj! Dawaj!”, a kibice robili resztę. W tym roku zabrakło tego dodatkowego bodźca.

Na koniec zapytam o juniorów i młodych zawodników. Odkąd jest Pan w Kielcach szansę dostało wielu młodych Polaków. To będzie stały trend?

Patrzymy, jak rozwijają się juniorzy, choć akurat w tym sezonie nie było to możliwe ze względu na obostrzenia. W poprzednich sezonach staraliśmy się też zapraszać młodych na treningi pierwszej drużyny, ale to też oczywiście było ostatnio wykluczone. Chcemy dawać szansę młodym graczom, pokazywać, że mogą się przebić jak Bartek Bis, Miłosz Wałach czy Czarek Surgiel. Z drugiej strony, jesteśmy Łomża Vive Kielce, zawsze gramy o zwycięstwo, więc kiedy dajemy im grać, często słyszymy, że to nie ten poziom, że się nie nadają. Jasne, czasem trafi się wielki talent, który w wieku 17 lat będzie gotowym zawodnikiem, ale w historii piłki ręcznej tacy jak Blaž Janc rodzą się bardzo rzadko. Niestety, złote pokolenie polskich zawodników minęło, ale wszyscy, na czele z selekcjonerem Patrykiem Romblem, pracujemy, by nadeszła nowa fala. Czasy, kiedy dla reprezentacji Polski sukcesem jest sam awans na mistrzostwa świata, pokazują jednak jak trudno teraz o dobrego polskiego gracza.