12.07.2005, 22:17

Krótka piłka, wysokie góry...

Wczorajsza podróż zawodników minęła spokojnie i po sześciu godzinach podróży cała ekipa mogła sie zameldować w hotelu.
Widoki po drodze były niebanalne, bo może jeszcze w drodze przez Polskę nie było widać nic czego zawodnicy by nie znali, nie widzieli wcześniej, o tyle po przekroczeniu granicy ukazywał się nam straszny krajobraz po huraganie, który nawiedził temte okolice kilka miesiecy temu. Setki hektarów powierzchni, dziesiatki tysiecy drzew, które kiedyś tworzyły las zamieniło się w jedno wielkie miejsce zniszczenia. Wiatr musiał być tu niesamowicie silny, skoro łamał lub wyrywał drzewo za drzewem razem z korzeniami, niszczył budynki. Całe połacie zniszczeń. - Później długo baliśmy sie wyjść z domów- mowi przypadkowo napotkany jeden z tamtejszych mieszkańcow, już w Strbskim Pleso.
- Dziś też wieje, tam u góry buja w jedną i drugą stronę- wspomina zaraz po zejsciu ze skoczni Andrzej Jung.


Vive nie jest tam jedyną ekipą sportową, bo już wcześniej do miasteczka, gdzie są m.in. dwie skocznie narciarskie przybyła jedna ze słowackich drużyn, tyle, że żeńskich. Strbskie Pleso jest idealnym ośrodkiem do doskonalenia kondycji. Kilka szlaków górskich, wcale nie łatwych- nawet jak na sportowców.

- Wczoraj popołudniu na początek graliśmy w piłkę nożną na boisku zaraz przy hotelu- mówi Wojciech Zydroń. - W ciagu 15 minut jak się rozpadało, to coś niesamowitego...- opowiada. - Ale dograli do końca, honorowo- dodaje Andrzej Jung.

 

Na szczyt "Furkotsky" położony 2405 metrów npm. trener Tłuczyński wysłał zawodników jeszcze przed godziną 10. Pierwsi wracali zaraz po godzinie 12. - Robert, masz lód? - pytał kolejno jeden, drugi zawodnik masażyty Roberta Dziwonia. Ma tu kupę pracy, ale to dopiero pierwszy taki dzień. A lód był też na górze, na szczycie. - Biega sie po śniegu- mówi Paweł Sieczka.

 

Kilkanaście minut przed 13 za ostatnią górką pojawia się trener Zbigniew Tłuczynski, on też razem z zawodnikami idzie w góry. Dobrze, bo poprzednio, rok temu trener zostawał na dole. Z kolejnymi minutami zjawiają się następni zawodnicy. Przemek Rosiak- młody nabytek Vive pokonał nawet dłuższy szlak, pomylił drogi, nadrobił z pół godziny a przybiegł i tak szybko. Brakuje jeszcze tylko Michała Salamiego i młodego Łukasza Kwiecińskiego. Jak sie okazuje pierwszy doznał urazu kostki, a drugi z gór bedzie schodził jeszcze jakiś czas... No i obaj podobnie jak Przemek pomylili szlaki i poszli inaczej. - Andrzej, zamawiaj helikopter- śmieje się trener Tłuczyński.

 

Za chwilę obok tarasu hotelowego pojawiają się strażnicy. - Chyba nas szukają, bo może myślą, że przebiegliśmy przez granicę, tyle biegamy- trenerowi humor najwidoczniej dopisuje. - Taka górka, nic straszniego- mówi, ale za chwilę uzupełnia - daje jednak w kość, ale przyda się później... - A to dopiero początek, z każdym dniem większa górka, większe wzniesienie- mówi Wojciech Zydroń. - A na koniec Krywań, to dopiero będzie "wycieczka"... - Dobrze się czuje, dobrze mi się trenuje, lepiej jak rok temu, wtedy padałem, a dzis super- zauważa zmiany sam u siebie Adrian Anuszewski. - Ale ten Krywań, dostać sie tam to mordęka- kończy Patryk Kuchczyński (na zdjeciu pokazuje wzniesienie...). - A trzeba jeszcze przecież zejść, a już dziś mogło się kręcić w głowie- mówi Piotrek Grabarczyk.

 

Dziś urodziny ma Dima Nikulenko. Po cichu wydało się z ust Jury Hiliuka, chyba najlepszego kumpla Dimy w drużynie. Choć tu każdy z kazdym jest kumplem, atmosfera wyjade sie być znakomita- chyba jak wtedy, gdy był sezon w którym sięgaliśmy po Mistrzostwo Polski (2002) i oby to się utrzymało. Gdy już jeden złożył Dimie życzenia, podchodzili kolejno wszyscy. - Wszystkiego dobrego, ale to dziś chyba odwołujemy już resztę treningów- żartował Andrzej Jung.
Nic z tego, po godzinie 13 na ekipę czekał obiad. Ci, którzy wrócili z gór szybko się przebrali, cały zespół w jednakowe koszulki klubowe. Jedzenia jest tu dużo- trzy razy dziennie szwedzki stół- a chłopakom dużo trzeba, w dodatku wszystko dobre. Po posiłku przerwy nie za wiele, bo już dwie godziny później trzeba było się zebrać na siłowni, potem wszyscy pograli jeszcze w kosza. - Z przepisami piłki ręcznej- śmieje się Tomek Jeżewski. I dobrze, bo później byłby jeszcze problem z robieniem kroków na parkiecie. To nie jest obóz taktyczny, tylko pod kątem przygotowania fizycznego, więc zajeć z piłkami raczej nie należy się spodziewać.

 

Atrakcją dla zawodników były gazety, czegoś mogli się dowiedzieć z Kielc. Plażówka, plażówka w prasie na stronach sportowych, a tu piasku ani trochę... Przy ośrodku w którym przebywa Vive są skocznie, szlaki, nawet dwa wyciagi krzesełkowe, ale do choćby najbliższego sklepu skożywczego kilka kilometrów. Dlatego po takiej "wycieczce"- jak te treningi w terenie nazywają zawodnicy lepiej było podjechać do sklepu samochodem. - Dla nas po pokonaniu takiego szczytu te kilka kilometrów to na dzis dużo- śmieje się kapitan Radek Wasiak. Ale już jutro kolejny szczyt- i jeszcze dłuższa wycieczka.