Ł. Jezior: Jeśli jest problem, to należy o nim rozmawiać
24.06.2020, 15:16
Wywiad

Ł. Jezior: Jeśli jest problem, to należy o nim rozmawiać

W obszernej rozmowie z Partnerem projektu JoinBertus, Łukaszem Jeziorem, poruszamy temat roli KS VIVE Kielce w polskim sporcie, pięknych wartości piłki ręcznej, ale także aspektów biznesowych, a wśród nich trudnych relacji pracodawca-pracownik oraz zalet networkingu. Właściciel firmy rekrutacyjnej ABC Work podkreśla, że kluczem do wszystkiego jest odpowiednie podejście i rozmowa. "Jeśli jest problem, to należy o nim rozmawiać" - przekonje - "A ludzie często nie chcą, tylko od razu rzucają papierami. Pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Dlatego zawsze zaczynajmy od rozmowy, to może załagodzić każdą problematyczną sytuację."

Projekt JoinBertus: Przerwa pomiędzy rozgrywkami w tym roku jest wyjątkowo długa. Tęskni Pan trochę za powrotem do hali sportowych i wielkimi emocjami, jakich dostarcza nam sport?

Łukasz Jezior, właściciel firmy rekrutacyjnej ABC Work: Na pewno! Nawet przed tym wszystkim zawsze uważałem, że widowisko na żywo to coś wspaniałego. 

Pan, zdaje się, sam trenował kiedyś piłkę ręczną?

Tak, trenowałem, ale nie mogę powiedzieć, że byłem super zawodnikiem. W turniejach juniorskich rywalizowałem z zawodnikami związanymi później z VIVE, np. Mateuszem Jachlewskim, Markiem Kubiszewskim czy Patrykiem Kuchczyńskim. Na pewnym etapie moim trenerem był Paweł Tetelewski. Piłka ręczna to mój sport i w pewnym momencie życia był moim jedynym celem.

Nie ma Pan niedosytu po tym, jak zakończył się ten sezon?

Mam! Myślę, że VIVE naprawdę się rozkręcało i widać było, że z każdym meczem drużynie szło coraz lepiej. W ćwierćfinale z PSG czekałby nas ciekawy pojedynek. Czułem, że PSG znowu jest do przejścia. Ale oczywiście mecz meczowi nierówny. W spotkaniach grupowych zdarzały się różnice jednej bramki, w niektórych nie mieliśmy szczęścia. Uważam jednak, że bardzo niewiele brakowało nam do tego, by być w Final4, które teraz odbędzie się w grudniu. Oczywiście, decyzje, które musiał podjąć EHF, nie były łatwe. Nie ma co się nad tym teraz rozwodzić, bo to będzie tylko powodować frustrację.

Był Pan na jakimś meczu tego sezonu w Hali Legionów?

Tak, byłem z moją córką na meczu z Veszprem! Ona co prawda była ze mną tylko na rozgrzewce, bo jest bardzo malutka, a na meczu jest głośno, ale to niesamowite, z jakim entuzjazmem reagowała na wszystko, co się działo. Piłka ręczna to naprawdę fajny sport dla dzieci, to dyscyplina dla każdego, od małego do starszego. Fajnie to wygląda szczególnie w Niemczech, gdzie dzień meczu to święto, możliwość spotkania się ze znajomymi, napicia się piwa. W piłce ręcznej podoba mi się też to, że kibice obu drużyn są ze sobą, nie ma zawiści. Gdy przyjechałem na mecz z Veszprem, akurat spałem w hotelu, w którym było wielu kibiców węgierskich. To było wspaniałe, że wszyscy byliśmy razem, rozmawialiśmy o sporcie, o życiu, nie było jadu tylko dlatego, że jestem kibicem innej drużyny.

Tak, to prawda, z kibicami węgierskimi łączy nas szczególna więź.

Nie tylko z nimi. Ja mieszkam blisko granicy z Białorusią, w Białej Podlaskiej, więc często bywam na meczach Mieszkowa Brześć. Myślę, że niejedna osoba z Polski, która była tam np. na meczu z PGE VIVE, była w szoku, jak została przyjęta. Można myśleć, że jest tam inny ustrój, inne realia, ale naprawdę widziałem, jak bardzo nas, Polaków, tam lubią. To piękne, że piłka ręczna to dyscyplina, która w większości przełamuje bariery klubowe.

W większości, bo z Płockiem jednak często nam nie po drodze.

Smuci mnie to trochę. Ja nie mam problemu z tym, by powiedzieć, że jeśli w Lidze Mistrzów gra Płock, to naprawdę im kibicuję. Czasem mam wrażenie, że niektórzy kibice z Płocka nie doceniają tego, że poprzez sukcesy PGE VIVE nasza liga rośnie. Może myślą, że to efekt pozytywny tylko dla Kielc, a to nieprawda. Ale jest też liczne grono płocczan, którzy wiedzą, że dzięki mocnej drużynie takiej jak VIVE, rosną i Płock, i Puławy, i Zabrze. Liga jest bardziej atrakcyjna, ludzie chętniej przychodzą na mecze. Za moich czasów, gdy trenowałem, piłka ręczna to nie był popularny sport. Nie było mocnej kadry, nikt w ogóle nie wiedział, kiedy ta kadra gra, a jak już grała, to nikt tego nie pokazywał w telewizji. Mam więc świetne porównanie z tym, co jest teraz.

A co jest teraz?

Kielce często postrzegane są tylko jako Kielce. Lokalnie. Ja w ogóle nie jestem z Kielc, jestem z Białej Podlaskiej, a jednak dla mnie Kielce to nasze dobro narodowe. Wizytówka piłki ręcznej. Uważam, że każdy, kto kocha ten sport, lubi oglądać go na dobrym poziomie, chce mieć taką drużynę. Zobaczmy, jakich zawodników z lig zagranicznych ściągnął Bertus. Pokażmy drugą taką drużynę, np. w piłce nożnej, gdzie wszyscy obcokrajowcy mówią po polsku. Widać, że ten klub to cała filozofia, myślenie długoterminowe, a nie podejście na zasadzie „dobra, masz pieniądze i graj”. Zawodnicy okazują szacunek dla naszego kraju, dla młodzieży. Dla mnie to jedno wielkie „wow”.

Co przekonało Pana do dołączenia do projektu JoinBertus?

To proste! Troszeczkę właśnie piłka ręczna. Ja należę do kilku stowarzyszeń biznesowych, jedno z nich pewnego razu organizowało spotkanie w Kielcach. Gdy dowiedziałem się, że prelegentem będzie na nim Bertus, to w ogóle się nie zastanawiałem, od razu pomyślałem sobie, że muszę poznać tego człowieka. To było akurat w dniu meczu z Płockiem, który przegraliśmy i szczerze mówiąc, zastanawiałem się, jak on przyjdzie na to spotkanie! Zaczynało się tuż po meczu. Ja byłem w takich emocjach, że w ogóle nie chciałoby mi się rozmawiać z ludźmi! Byłem zachwycony tym, jak on się zachowywał, jak mówił o swojej firmie, o ludziach. Zobaczyłem, jakim jest człowiekiem. Jakiś czas później opowiedział mi o projekcie JoinBertus. Wiedząc, jaką jest osobą, nie zastanawiałem się ani chwili.

Czego oczekuje Pan od projektu?

W Polsce jest trochę tak, że każdy ma jakiś swój biznes i tyle. Ja mam potrzebę bycia z innymi, słuchania ich. Słuchanie to uczenie się. Nie raz było tak, że ktoś z zupełnie innej branży powiedział jedno zdanie, które zapaliło mi światełko, pomyślałem sobie „Okej, a może spróbuję to zastosować u siebie?”. Dostałem mnóstwo wskazówek. Poznawanie przedsiębiorców, z których każdy ma swoje wizje, daje mi obraz drogi, którą chcę podążać. To nowe znajomości, nowe współprace. Jeśli w moim gronie jest ktoś, kto zajmuje się daną rzeczą, to w pierwszej kolejności wybiorę tę osobę do realizacji usługi, której potrzebuję. Lubię wspierać swoich ludzi. Działam głównie na rynkach zachodnich, a tam jest tak, że nawet jeśli produkt jest droższy, to przedsiębiorcy kupują u swoich. Wiedzą, że ich kontrahent daje pracę ludziom w swoim kraju. To jest patriotyzm. U nas historia trochę powoduje zachłyśnięcie Zachodem. Wszystko zachodnie jest super, a nasze „be”. Chciałbym, by to się zmieniło, bo kupowanie od Polaka to wspieranie Polski.

Pan doskonale rozumie ideę networkingu, ale ogólnie polscy przedsiębiorcy chyba jeszcze niekoniecznie?

Myślę, że czasem boją się tego, że przyjdą, opowiedzą o swoim biznesie i ktoś im ukradnie pomysł. Czasem to jest podejście „co ktoś mi może powiedzieć, jeśli ja znam się najlepiej?”. Ja chciałbym, by ludzie, którzy pracują dla mnie, byli w swoich dziedzinach mądrzejsi ode mnie, nie chcę być szefem dla siebie. Chciałbym, by ludzie czuli, że to jest ich cząstka, żeby się identyfikowali z firmą, mogli realizować swoje pomysły i wizje. Człowiek jest dla mnie bardzo ważny. Chciałbym, by nawet jak ktoś skończy ze mną pracę, wciąż mówił o mnie pozytywnie. Uważam, że zakończenie pracy to nie koniec relacji. Jeśli ktoś zmienia firmę, życzę mu wszystkiego dobrego, bo widzę, że jego kariera idzie dalej. Nie zawsze byłem w stanie kogoś zatrzymać. Traktuję trochę firmę jak zespół piłki ręcznej. Jak zjawia się Barca i kupuje zawodnika, bo ma lepszy budżet, to okej. Ja z niektórymi nie jestem w stanie rywalizować.

Nie wszyscy myślą w ten sposób.

Tak, ale to bardzo istotne, by ludzie pamiętali, by nie zamykać za sobą drzwi na zasadzie trzaśnięcia. By zostawić sobie furtkę, by normalnie zakończyć współpracę. Każdy idzie swoją drogą i kiedyś one się rozchodzą. Ważne, by wtedy pożegnać się podaniem dłoni.

ABC Work to firma zatrudnienia zagranicą, zajmująca się pośredniczeniem między zagranicznymi firmami a polskimi kandydatami do pracy, zgada się?

W ten sposób brzmi to bardzo skomplikowanie (śmiech)! W praktyce zajmujemy się po prostu rekrutacją, czyli poszukiwaniem kandydatów do pracy dla naszych partnerów zagranicznych w wielu branżach. Sprawdzamy wstępnie kandydatów, proponujemy ich naszym klientom. Mamy też osobną działkę, którą jest opieka nad seniorami i tu poszukujemy osób jeżdżących w tym celu do Niemiec. W Polsce też mamy projekty, ale znikome. Rynek polski jest specyficzny.

Po jakim względem?

Pod względem klientów. Nieraz słyszałem komentarze odnośnie cen naszych usług typu „Ale przecież wy tylko rozmawiacie z kandydatem!”. Znalezienie odpowiedniego kandydata to nie jest łatwy proces. Sam wiem, ile czasu trzeba poświęcić na znalezienie osoby, która ma pracować u nas, to kosztuje wiele wysiłku!

Doskonale znam to podejście. Ja przecież tylko piszę teksty (śmiech)!

I tak samo jest ze sportowcami, ludzie podobnie postrzegają karierę zawodniczą. Ostatnio czytałem świetną książkę, autobiografię Andre Agassiego pt. „Open”. Jak tylko zobaczyłem opis na okładce, wiedziałem, że ją przeczytam, bo Agassi stwierdził tam, że nienawidzi tenisa! Jak to możliwe, że mając tyle sukcesów, można nienawidzić tenisa?! Oglądałem go jako młody chłopak, patrzyłem na jego życie myśląc, jaka to musi być bajka. Często jednak nie widzimy, co jest w środku człowieka, widzimy tylko, jak wygląda z zewnątrz.

Rynek pracy obecnie nie należy do różowych. Liczba ofert pracy maleje, są one mniej atrakcyjne, bo firmy szukają oszczędności. Jakich rad udzieliłby Pan pracodawcom i tym, poszukującym pracy?

Przede wszystkim zachęcałbym do tego, by ludzie nie bali się przebranżawiać, bo to może być naprawdę ciekawe doświadczenie. Druga podstawowa rada to zajrzeć do Wujka Google i zobaczyć, jak wygląda estetyczne CV. Te, które dostaję, czasami są naprawdę słabej jakości. Nie mówię o treści, ale formie. A to jednak jest istotne, by pracodawca w ogóle na nie spojrzał. Kolejna rzecz to media społecznościowe – świat się zmienia, rekrutacje też. Nie namawiam nikogo do prowadzenia konta na LinkedIn, ale to też jest droga poszukiwania pracy, gdzie można znaleźć różne firmy, ciekawe artykuły. Jeśli chodzi o pracodawców, to teraz na pewno każdy trzy razy zastanowi się nad zatrudnieniem nowej osoby. Selekcja pracowników to grubszy temat.

To może właśnie można poradzić, by pracodawcy zaufali firmom takim jak ABC Work?

Ja bym zwrócił uwagę na relacje. Pracownik powinien pamiętać, że jeśli jest mu źle, to może zmienić pracę. Nie bójmy się tego. Pracodawcy powinni stwarzać warunki do tego, by pracownik mógł dobrze wykonywać swoje zadania, ale pracownicy powinni też doceniać swoich pracodawców, bo dają im zatrudnienie. Jeśli jest problem, to należy o nim rozmawiać. A ludzie często nie chcą, tylko od razu rzucają papierami. Pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi i popełniamy błędy. Dlatego zawsze zaczynajmy od rozmowy, to może załagodzić każdą problematyczną sytuację.